|
blog Anny Wiatr
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Tagi
|
sobota, 28 stycznia 2012
5 lat minęło jak.. Jeden dzień! ;). 28. stycznia 2007 roku opublikowałam pierwszy narracyjny wpis, zatytułowany.. "początek opowieści". Ten blog miał być wtedy blogiem 'socjologicznym', prowadzonym obok bloga 'osobistego'. W międzyczasie blogi zaczęły się przenikać, w rezultacie czego zostały tylko n a r r a c j e. Doszedł jednak Facebook i Blip, i sama zaczęłam się już w tym wszystkim gubić. Pisanie bloga to jedno z najprzyjemniejszych uzależnień. W blogowaniu podoba mi się niemalże wszystko - to, że piszę tu 'u siebie' - tak jak chcę i o czym chcę, bez redaktora i wymaganej ilości znaków; to, że nie piszę tylko 'dla siebie', bo wiem, że 'po drugiej stronie lustra' jesteście Wy. Wbrew pozorom, to także bardzo cielesna czynność. Wstukiwanie słów w klawiaturę. Słuchanie szemrania laptopa. Wdychanie zapachu kawy albo herbaty. Przyglądanie się wybieranym zdjęciom albo fragmentom filmów. Od 2007 roku bardzo się zmieniłam. Jestem znacznie mniej naiwna. Inaczej wyglądam. Podobają mi się inne sukienki. Zeszłam z roweru, wsiadłam do samochodu. Przeprowadzki, przynajmniej częściowo, straciły dla mnie swój urok. Jestem też trochę spokojniejsza.
czwartek, 15 grudnia 2011
Olga Tokarczuk to pisarka, która szczególną uwagę poświęca ciału i cielesności. Temu motywowi w jej twórczości będzie też poświęcone spotkanie z autorką „Biegunów”. W ramach cyklu Dysk Gepperta, organizowanego przez Fundację Art Transparent, porozmawiam z Olgą Tokarczuk o jej sposobach pisania o cielesnych stronach ludzkiego życia, począwszy od tego, jak zmienia się ciało w czasie ciąży, skończywszy na ciele, które się starzeje.
21. grudnia, 18.00, Mieszkanie Gepperta ul. Ofiar Oświęcimskich 1/2, Wrocław S e r d e c z n i e z a p r a s z a m! :)
wtorek, 13 grudnia 2011
Leniwe niedzielne popołudnie. Słucham audycji „Wrzenie świata" w TOK FM. Wojciech Tochman rozmawia z Ewą Winnicką o książce „Londyńczycy" (tytuł roboczy), która ma się ukazać w przeciągu kilku miesięcy nakładem Wydawnictwa Czarne. Tochman sugeruje, że kobieta-reporterka właściwie nie może podróżować i zbierać materiałów, ponieważ ma dzieci. Stwierdzenie autora „Córeńki” irytuje mnie do tego stopnia, że postanawiam przeczytać książkę Winnickiej, niezależnie od wszystkiego, przy pierwszej nadarzającej się okazji. Napad impulsywnej złości okazuje się bardzo pożyteczny (tę złość wciąż uważam za uzasadnioną). Mija kilka miesięcy, dostaję przesyłkę z „Londyńczykami” Ewy Winnickiej, przyglądam się zdjęciu na okładce, na którym wąsaty mężczyzna trzyma na rękach małą dziewczynkę, podczas gdy kobieta pokazuje dziecku kaczuszkę. Jeszcze nie wiem, że trzymam w rękach zbiór świetnych reportaży, choć już wiem, że ich autorka ma dzieci. ____________
Tekst ukazał się na stronach serwisu mojeopinie.pl.
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Czekając na telefon (dziś wieczorem jestem szoferką), uprzejmie donoszę, że miesiąc temu otworzyłam nowy rozdział pt. Pracownia Badań Jakościowych IN VIVO. Serdecznie zapraszam do współpracy i do polubienia, oczywiście :).
niedziela, 20 listopada 2011
Wszechobecna frustracja uzmysłowiła mi po raz kolejny, że wolność jest tylko złudzeniem. Ludzie stali się teraz niewolnikami bezrobocia i drożyzny. Na chodnikach roiło się od nowych ubogich. Ale w tamtym blasku sierpniowego słońca i tak padłem ofiarą turystycznego nieporozumienia: przepaści dzielącej miejscowych od przybyszów. Wdzięczny detal architektoniczny albo gra świateł potrafiły przemienić cudzą biedę w całkiem udane zdjęcie. Pogoda była kusząco bezwietrzna. Nagie dzieci pluskały się w zatrutej rzece.
Jakiś czas temu namawiałam Was do tego, żebyście, zamiast wyruszać w podróże, zostali w domu. Sama natomiast czekam na coś: zdarzenie, spotkanie, może książkę albo film, które sprawią, że uwierzę w to, że podróżowanie jest wciąż możliwe. Nie mówię przy tym o możliwości technicznej ani ekonomicznej – te, jak wiadomo, przestały być problemem (choć nie dla wszystkich). Mówię o możliwości podróżowania bez towarzyszącego mu poczucia niestosowności, wynikającego choćby z tego, że kąpiel dzieci w zatrutej rzece w czasie podróży staje się ładnym widokiem, który warto sfotografować.
Colin Thubron, "Po Syberii", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011
________
Tekst ukazał się na stronach serwisu mojeopinie.pl.
wtorek, 25 października 2011
Gdy czytałam tę książkę, gdzieś z tyłu głowy miałam inny tekst, komentarz, który sprawia, że umysł ma się na baczności. Książka czytana to "Unter deutschen Betten. Eine polnische Putzfrau packt aus" Justyny Polanskiej, esej, który dzięki niej sobie przypomniałam, to "Can the Subaltern Speak?" Gayatri Chakravorty Spivak. Oba te teksty są niewygodne - poruszają tematy, o których rzadko się mówi i jeszcze rzadziej pisze. Jeden jest napisany językiem prostym i nie do końca poprawnym, z drugiego nic nie zrozumie ktoś, komu obcy jest naukowy dyskurs. Spotkanie tych tekstów, nawet jeśli jest to spotkanie, które odbywa się tylko w mojej głowie, jest zdarzeniem niezwykłym i pouczającym. Zacznijmy od początku. Na początku maturzystka z Poznania wyjeżdża do Niemiec jako au pair Maedchen, czyli opiekunka do dzieci, która pracuje za grosze, jednocześnie ucząc się języka. Spędza w ten sposób nie najlepszy zapewne w jej życiu rok, następnie pracuje jako kelnerka w tureckim barze, by stać się sprzątaczką, tytułową Putzfrau (jeśli ktoś usłyszał dobrze sytuowanego Niemca wypowiadającego to słowo, mniej więcej wie, z jakimi emocjami się ono wiąże, nie mówiąc o tym, jakich emocji dostarcza wykonywanie tego zawodu). Książka jest niedostępna w Polsce, i zapewne nie zostanie przetłumaczona, ale polscy czytelnicy mogą przeczytać wywiad z jej autorką - tutaj. Janusza Rudnickiego "Unter deutschen Betten.." też zaciekawiła, ale pisarz jest mniej powściągliwy niż przeprowadzający wywiad Włodzimierz Nowak i wali prosto z mostu: "Justyna, Wałęsa w spódnicy, walczy o równouprawnienie w imieniu wszystkich sprzątaczek (w Niemczech jest ich około pół miliona!). Żeby nie traktowano ich jak podludzi, nie zadawano pytań w rodzaju: "Macie colę w Polsce?". Żeby od czasu do czasu chociaż proponowano im wodę mineralną. Nie wyzywano od "polskich szmat" i czego tam jeszcze. I oczywiście, że musi paść tu jedno z wielkich odkryć ludu, to mianowicie, że ludzie są różni ("przyjemni i nieprzyjemni"). Są tacy i tacy. Obojętnie gdzie, w Polsce czy w Niemczech, różni są. Nie wszyscy są tacy jak inni. A inni nie są tacy jak wszyscy. I tak dalej." Tutaj. Janusz Rudnicki daje w cytowanym tu fragmencie i w całym tekście wyraz swoim klasowym uprzedzeniom - sugeruję to przepracować. Dla jego złości mogę jednak znaleźć odrobinę zrozumienia: przez Justynę znów będzie musiał tłumaczyć niemieckim sąsiadom, że nie wszystkie Polki to sprzątaczki (za powodzenie tej uświadamiającej misji trzymam kciuki). Chciałabym jednak zauważyć, że to dość niezwykłe wydarzenie na mapie literackiego świata: wydanie książki przez sprzątaczkę, która przecież nie powinna się odzywać, a co dopiero pisać. Można by o niej na-pisać reportaż albo przeprowadzić badania na sporej grupie osób, do której należy. Tymczasem Justyna, nie pytając o zdanie żadnego reportera czy socjologa, niepotrzebnie aspiruje do roli literackiej gwiazdy, pisząc, o zgrozo, o takich rzeczach "jak czyszczenie spodu deski klozetowej z fekaliów gospodyni, która umyślnie je tam uplasowała". Ani to ładne, ani potrzebne, prawda? Tekst Janusza Rudnickiego przeczytałam z głębokim smutkiem, bo tekst ten pokazuje intelektualne niewyrobienie polskiego pisarza. Książkę Justyny Polańskiej przeczytałam z dużym zainteresowaniem - autorka, pomimo gramatycznych błędów, które robi, jest błyskotliwa i spostrzegawcza. Między innymi te cechy, tak podejrzewam, pozwoliły jej przepracować całe kulturowe gówno - że się tak wyrażę - związane z rolą polskiej sprzątaczki w Niemczech. Autorka jest zadowolona ze swojego życia, lubi swoją pracę i nie chce przeprowadzać się do Polski. (O czym Janusz Rudnicki nie pisze). Gayatri Chakravorty Spivak, słynna teoretyczna postkolonializmu, twierdzi, że subaltern, czyli osoby z marginesu, posiadające niski kapitał społeczny i/lub kulturowy (a kto w społecznej hierarchii plasuje się niżej od sprzątaczek? Bezrobotni i bezdomni?) nie mogą, z wielu powiązanych ze sobą przyczyn, wyrazić swojego doświadczenia za pomocą własnego głosu. Uniemożliwiają im to m.in. niskie kompetencje językowe, które sprawiają, że są kulturowo i społecznie wyciszeni i nie wypowiadają się w przestrzeni publicznej (co tym, którzy subaltern nie są, wydaje się oczywiste. Nie publikuje się przecież książek, w których roi się od błędów gramatycznych). Nie wiem do końca, co myśleć o teorii Spivak, ale od dawna wydaje mi się, że jest ona zbyt pesymistyczna - odbiera przecież marginesowi możliwość nadawania własnych znaczeń temu, co przeżywają, co mi się nie podoba. Książka Justyny Polańskiej rzuca nowe światło na wywód Spivak, i między innymi dlatego jest ciekawa. "Unter deutschen Betten.." ciekawa jest jednak także z dwóch innych powodów. Po pierwsze, rzadko kiedy mamy możliwość wejścia do domów obcych ludzi i zobaczenia, co ci obcy ludzie trzymają pod łóżkami. (Uważam, że to równie zajmujące jak to, jakie książki ci ludzie czytają albo to, co robią, jeśli nie czytają. W ogóle). I po drugie, rzadko kiedy niemiecka kultura opisywana jest przez polskich autorów z tak przyziemnej, skoncentrowanej na codzienności perspektywy.
Justyna Polanska, "Unter deutschen Betten. Eine polnische Putzfrau packt aus", Knaur Tachenbuch Verlag, Muenchen 2011
czwartek, 13 października 2011
Czytam dwie książki na raz, skokowo, od tygodnia. Gdy ich nie czytam, wymyślam. Tym razem nie chodzi o żadne historie. Napoczęłam je w pociągu ulubionej relacji Berlin-Wrocław. Żeby ułożyła się z tego przyjemna mikroopowieść, w tę napisaną po niemiecku zagłębiałam się do polskiej granicy, tę przetłumaczoną na polski zostawiłam sobie na ciąg dalszy podróży. Spodobała mi się ta podwójność. Miałam ochotę zamknąć ją w torbie, wynieść z pociągu i rozwinąć już na miejscu. Zamiast tego włączam niemiecką telewizję podczas gotowania. Kroję imbir i miażdżę czosnek, słuchając o Kinder i Hochzeit (wbrew pozorom, kulturę polską i niemiecką więcej łączy niż dzieli. Wystarczy posłuchać serialowych dialogów).
Jestem obecnie mniej więcej w środku czytania każdej z nich. Gdy biorę do ręki jedną, inaczej wygląda moja przyszłość w porównaniu z tym, co dzieje się, gdy do ręki biorę tę drugą. W tych przyszłościach chodzę do innych miejsc i inaczej się ubieram. Co innego zajmuje mnie w pracy i poza nią. (Te prace są, oczywiście, także różne). Mam innych znajomych. Używam innych słów i innych kosmetyków. Inaczej pachnę. Z kim innym śpię. Budzę się o różnych porach. Wcześniej sądziłam, że mam wpływ na to, co wyczytuję z książek. Teraz stwierdzam, że byłam naiwna, i że na okładkach książek, tak jak na paczkach papierosów, jakiś minister (albo i dwóch) powinien czarno na białym napisać, czym grozi czytanie. Dzięki temu każdy, kto sięga po konkretną książkę, wiedziałby o związanych z tym tożsamościowych i innych zagrożeniach. I mógłby wybrać świadomie.
sobota, 08 października 2011
Wyjść z domu, nie mówiąc, dokąd się idzie. Posiedzieć ze starszymi paniami nad fosą, ani nie zachęcając ich do wylewania z siebie biograficznych opowieści, ani ich do tego nie zniechęcając. (I tak powiedzą, co im na sercu leży. A leży krwiak na mózgu.) Później kupić bilet. Przyglądać się ludziom. Wyłapywać zapach ich perfum. Nie robić sobie nic z trwającego pół godziny reklamowego szaleństwa przed seansem. Wyłączyć telefon. Wyłączyć niektóre funkcje w mózgu. (Szczególnie te, które nadużywają słów "ja" i "moje"). Jeszcze później chodzić z tym filmem przez tydzień albo dwa. Zabrać go na kawę do Berlina. Razem z nim zastanawiać się nad tym, na co czekać i jak długo. Pójść do fryzjera, usiąść na fotelu i powiedzieć: jeśli chodzi o włosy, nie potrzebuję zmian, jeśli chodzi o inne sprawy, jest wręcz odwrotnie. Będziemy ciąć.
PS "Skóra, w której żyję" to film między innymi o tym, że czytanie jest czynnością zastępczą. Zastępczą wobec 'prawdziwego życia'. W kontekście tej narracji 'prawdziwość życia' odnosi się do tego, żeby wstać z łóżka, zamknąć powieść Munro albo McCarthy'ego, i wyjść z pokoju. W rozmowie z Robertem, swoim oprawcą i stwórcą, Vera pyta znad książki: Czy nie możemy zacząć żyć naprawdę? Pomyślałam, że to wypowiedziane po hiszpańsku pytanie bardzo dobrze wpisuje się w polską dyskusję o niechęci do czytania. Ale czy ktoś je w ogóle usłyszał?
niedziela, 04 września 2011
Nie znałam wcześniej twórczości Stanisława Dygata. Nikt mi jej dostatecznie dobrze nie zareklamował (choć raz pożyczyłam jedną z jego powieści od znajomej doktorantki, zajmującej się twórczością pisarza. Pożyczyłam i oddałam. Bez wchodzenia w bliższe relacje). Coś we mnie jednak drgnęło, gdy wśród nowości Wydawnictwa Prószyński i S-ka zobaczyłam kolejne wznowienie „Pożegnań”. Zamyśliłam się wówczas nad swoim dotychczasowym lekceważeniem, przypominając sobie jednocześnie film Wojciecha Jerzego Hasa (co tylko pogłębiło mój wstyd).
kadr z filmu "Pożegnania" (1958), reżyseria: Wojciech Jerzy Has, scenariusz: Stanisław Dygat i Wojciech Jerzy Has, źródło: www.filmpolski.pl
Stanisław Dygat, "Pożegnania", Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2011 _________________ Tekst ukazał się na stronach serwisu mojeopinie.pl.
środa, 17 sierpnia 2011
2 tygodnie w hotelu w Egipcie (all inclusive). Weekend w Sztokholmie (hostel). Meksyk. Dominikana. Turcja. Bułgaria. Islandia. Austria. Hiszpania. Włochy. Samolotem, pociągiem, samochodem. O wyjazdach do tych krajów słucham przy herbacie, rozmawiając przez telefon i przez Skype’a. Na Facebooku poznaję pierwsze, wakacyjne wrażenia i oglądam dziesiątki zdjęć. Przeglądając blogi, czytam dłuższe relacje. Wzrost zamożności połączony ze spadkiem kosztów przemieszczania się doprowadził do tego, że podróżowanie stało się normą. Choć być może byłoby lepiej, gdybyśmy nie ruszali się z domów.
Przeczytałam tę książkę jednym tchem. Uważam, że powinna być dołączana do biletów, szczególnie lotniczych. Bądźmy przynajmniej świadomi tego, jak groteskowi jesteśmy i co ta groteskowość oznacza dla rdzennych mieszkańców krajów, do których lecimy. „Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym” Jennie Dielmans to książka-wyrzut sumienia. Po jej lekturze można dojść do wniosku, że podróżowanie w obecnej postaci (a innego przecież nie ma, nawet jeśli omijamy pięciogwiazdkowe hotele) jest czynnością podejrzaną moralnie. Społeczne, ekonomiczne i ekologiczne konteksty współczesnej turystyki, opisane przez Jennie Dielmans, mogą wywołać poczucie wstydu oraz zażenowanie. Autorka pisze, że gdyby przed podróżami, które stały się podstawą kolejnych części jej książki, zdawała sobie sprawę, czego doświadczy i czego się dowie, najprawdopodobniej nie wsiadłaby do samolotu. Czas na kolejną wyliczankę: Hiszpania, Wietnam, Dominikana, Tajlandia, Meksyk. O tych krajach jako celach wycieczek pisze Jennie Dielmans. Seksturyści. Turyści, którzy nie znoszą tego określenia, myśląc, że prawdziwe podróże do autentycznych miejsc wciąż są możliwe. Turyści typu all inclusive, wbrew pozorom, przewidywalni w podobnym co inni stopniu. Reporterka odkrywa przed czytelnikami niezbyt rozbudowaną gamę podróżniczych możliwości. Interesują nas już nie tylko nietknięte plaże, życzymy sobie również nietkniętych ludzi, pisze, precyzując to, co ma na myśli: Zapotrzebowanie turystów na kulturę i tradycję innych (nieważne, czy będą tam Masajowie w Kenii, Majowie w Meksyku, lud Akha w Tajlandii czy Hmongowie w Wietnamie) stawia wysokie wymagania ludziom, których odwiedzamy. To, czy im zapłacimy, uzależnione jest od tego, czy uznamy ich za malowniczych, autentycznych i nieskażonych cywilizacją. W dniu, w którym Mao oprowadzająca turystów po wietnamskim Sa Pa kupi sobie antenę satelitarną, samochód, lodówkę z zamrażarką lub po prostu inne ubrania, turyści zaczną mieć problem. Przestanie być autentyczna, a jako obiekt zdjęć – atrakcyjna. Konsumujemy nie tylko jej kulturę i tradycje, konsumujemy również jej biedę. Ona musi być biedna dla nas. Nieustanne przenikanie się perspektywy globalnej z lokalną to ogromna zaleta tej książki. Autorka pisze o tym, dokąd trafiają pieniądze turystów wybierających 'egzotyczne' kraje jako miejsca urlopów (wracają do europejskich koncernów, które są właścicielami hoteli), jednocześnie pokazuje codzienność pracujących w tych hotelach 'tubylców'. Ta książka burzy jeden z mitów masowej turystyki: przekonanie, że przyczynia się ona do rozwoju krajów, do których Niemcy czy Szwedzi zdecydują się polecieć. Okazuje się, że przemysł turystyczny, jeśli już do czegokolwiek się przyczynia, to często do powstawania szkód, np. ekologicznych. Czytając „Witajcie w raju..”, zastanawiałam się nie tylko nad turystyką rozrywkową, ale i nad turystyką zawodową, uprawianą chociażby przez reporterów, których globalizacja przecież nie omija. Czym różnią się ich opowieści o odległych krajach od historii przywożonych przez amatorów plaży albo wojny wietnamskiej? W jakim stopniu tak zwana ambitna literatura podróżnicza przyczynia się do budowania wyobrażenia autentycznej podróży, powielanego następnie w przewodnikach, a później w kolejnych historiach, których słucham z coraz mniejszą cierpliwością. Przeczytajcie tę książkę i zostańcie w domu. Jennie Dielmans, "Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011 ______________
Tekst ukazał się na stronach serwisu MojeOpinie.pl.
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||