|
Dużo słów o codzienności i książkach. I inne historie. Pisze Anna Wiatr
Zakładki:
badania & szkolenia
kim jest
kontakt:
polecam
szablon(y)
Tagi
|
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Współczesna Polska to ciekawy kraj. Można się tu zetknąć z antysemityzmem, choć trudno spotkać Żyda. Można też przyglądać się barwnej i złożonej (sub)kulturze kibiców, choć jedynym piłkarzem, któremu warto kibicować, jest Niemiec o polskich korzeniach. W takim kraju żyje Paweł, kibic Legii, który, z dnia na dzień, dowiaduje się o tym, że jest Żydem. W Polsce, jak się okazuje, bycia kibicem i bycia Żydem, nie da się pogodzić. Tę wyjątkową i niejednoznaczną opowieść o przemianie z kibica (czy wręcz skinheada) w Żyda (a nawet w chasyda) możemy poznać dzięki filmowi dokumentalnemu "Księżyc to Żyd" w reżyserii Michała Tkaczyńskiego. Serdecznie zapraszam na projekcję tego filmu oraz dyskusję, która odbędzie się po niej. W jej trakcie porozmawiam z Piotrem Małczyńskim, antropologiem kultury i doktorantem UWr., na temat niebezpiecznych związków łączących piłkę nożną i nacjonalizm. Spróbujemy zastanowić się między innymi nad tym, dlaczego kibic często jest jednocześnie „prawdziwym Polakiem”, i dlaczego "prawdziwy Polak" nie może być Żydem? Spotkanie odbędzie się w niedzielę 6. maja o 16.00 w Muzeum Współczesnym Wrocław, mieszczącym się przy pl. Strzegomskim 2a (Strefa Miejska) Zachęcam zarówno do przyjścia na projekcję filmu, jak i do włączenia się do naszej rozmowy.
sobota, 28 kwietnia 2012
Zastanawiacie się czasem nad szczęściem? Albo - ujmując 'rzecz' w inne słowa - nad poczuciem sensu i spełnienia? Czym jest? Od czego zależy? Co warto/trzeba robić, żeby je osiągnąć? Od czego albo kogo należy trzymać się z daleka? Podobno pytania o szczęście (tudzież nieszczęście) zaprzątają nasze myśli w stopniu nieporównywalnym z żadną inną epoką. Żyjemy w świecie nadmiaru dóbr i usług oraz niedoboru sensu. Albo: Żyjąc w społeczeństwie konsumpcyjnym, jesteśmy skazani na niespełnienie. Nie wiem, czy takie i podobne sformułowania, powtarzane dziesiątki razy, mają jeszcze jakiekolwiek znaczenie. Najbardziej dwuznaczne (i zarazem podejrzane) wydaje mi się w tych zdaniach słowo "my". My, czyli kto? Niedawno obejrzałam dwa filmy dokumentalne, które - każdy na swój sposób - próbują radzić sobie właśnie z tym tematem. Oba przypomniały mi o długich i często burzliwych, skypowych rozmowach, które prowadzę ze swoją znajomą na temat jakości życia w kontekście zamożności ludzi mieszkających w mniej i bardziej 'rozwiniętych' krajach. Według niej można być szczęśliwym, żyjąc na stosunkowo niskim materialnie poziomie, co więcej - bardzo dobra sytuacja materialna ma w jakiś sposób utrudniać osiągnięcie zadowolenia ze swojego życia. Mówiąc w skrócie: biedniej znaczy szczęśliwiej. Według mnie sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. W filmach, które obejrzałam, to antymaterialistyczna, tak ją nazwijmy, perspektywa także jest obecna. Pierwszy film opowiada historię Norwega (reżysera i jednocześnie bohatera opowieści), który, wydawać by się mogło, posiada wszystko: kochającą rodzinę, ciekawą pracę, wygodny dom i dobry samochód. Jakby tego było mało, żyje w przyjaznym obywatelom państwie, w którym nawet (?) posiadanie niepełnosprawnego dziecka nie jest nieszczęściem. I jednocześnie 'czegoś' mu brakuje. Tym czymś - jak się zapewne domyślacie - może być duchowość, której Gunnar poszukuje w obszarach powiązanych z tradycyjnie pojmowaną religią, nie za wiele tam znajdując.
Drugi opowiada historię kilku mężczyzn z syberyjskiej tajgi, którzy, nie mając 'prawie nic' (w ekonomicznym sensie tego wyrażenia), wydają się być szczęśliwi. Tak to przynajmniej ocenia narrator filmu, Werner Herzog, zachwycając się tym, że jego bohaterowie nie mają kont bankowych czy komputerów, co wydało mi się nie tylko irytujące, ale i w jakiś poważny, etyczny sposób 'nie na miejscu'. Oryginalny tytuł filmu brzmi: "Happy People: A Year in the Taiga", co wydaje mi się sporym nadużyciem. Nie wymagam od reżyserów zapoznawania się z najważniejszymi antropologicznymi książkami na temat stosunku do Innego, ale pewnej podstawowej antropologicznej wrażliwości jednak oczekuję. W tym wypadku, zamiast wrażliwości, użyto muzyki poważnej i naiwnych komentarzy (w tle).
Po wyjściu z drugiego seansu słyszałam rozmowę dwóch par pięćdziesięciolatków, którzy wymieniali się uwagami na temat prawdziwego życia, pokazanego w filmie. Tego 'prawdziwego życia' zapewne szukał również Gunnar podczas tygodniowego pobytu w klasztorze. Pomimo dalekiej wyprawy nie przywiózł ze sobą zbyt odkrywczych myśli (postanowił, między innymi, że będzie mniej czasu spędzał na Facebooku). O to, czym to 'prawdziwe życie' jest, nikt nie pytał ludzi, którzy na co dzień doświadczają tego luksusu, nie pisząc o tym - o zgrozo - na żadnym portalu społecznościowym. Po projekcji "Szczęśliwych ludzi.." spodziewałam się napisu: "Po nakręceniu filmu Werner Herzog pozbył się laptopów, iPadów oraz telefonów i rozpoczął nowe, szczęśliwe życie w tajdze"; przeliczyłam się.
"Gunnar szuka Boga", reż. Gunnar Hall Jensen, Norwegia 2010 "Szczęśliwi ludzie: rok w tajdze", reż. Werner Herzog, Dmitrij Wasiukow, Niemcy 2010
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
"Umierają z tęsknoty za nowym życiem. Łakną morza. Egzystują do następnego miesiąca, do końca semestru, nie mogą się doczekać, aż minie zima i poczują się znowu żywe. Czekają na jakąś mistyczną datę w nieokreślonej przyszłości, kiedy będą wreszcie wolne, by robić te wszystkie cudowne rzeczy. Zdaje im się, że umrą, jeśli nie... dokończcie same. Jest w tym poczucie tragiczności. Jest udręka i poczucie osierocenia. Jest smutek i tęsknota. Nerwowe szarpanie za spódnicę, roztargnione spojrzenia przez okno. I nie jest to tymczasowa niewygoda. Siedzi głęboko, rośnie i coraz bardziej doskwiera."
Was też to dotyczy?
Kupiłam sobie tę książkę na 22. urodziny, czyli prawie 10 lat temu. Ostatnio przypomniały mi o niej facebookowe znajome. Znalazłam ją po chwili przyglądania się półkom z nie tak znowu wieloma książkami. Podobno "Biegnąca z wilkami" Clarissy Pinkoli Estes to jedna z tych książek, które albo wzbudzają uwielbienie, albo irytację. Ja podczas pierwszego czytania byłam nią zachwycona, później wielokrotnie do niej wracałam. Podkreślałam, kolorowałam, przepisywałam cytaty. Nie znosiłam jej pożyczać. Kilka lat później nadszedł w moim życiu czas pisania naukowych artykułów. Ponieważ zajmowałam się m.in. socjologią literatury, w pewnym momencie także tę książkę wzięłam na warsztat. W tekście "Biegnąca z wilkami Clarissy Pinkoli Estes jako poradnik dla współczesnych wiedź" pisałam:
"Spojrzenie z marginesu, inność, bycie pomiędzy, a takie określenia wydają się odpowiednie do uchwycenia specyfiki kobiecej egzystencji, otwierają możliwość podważenia dominujących dyskursów, zastanych porządków, oczywistości społecznego świata. W taki sposób C.P. Estes czyta, interpretuje i przepisuje na nowo baśnie i mity, w taki też sposób patrzy na współczesny świat. Jej perspektywa wyrasta z miejsca, z którego, być może, w odczarowany świat wsącza się sens. (...)" I dalej: "Estes prezentuje to, co określane jest mianem postfeminizmu, ale i ogólniejszego dystansowania się do wszelkich zamkniętych systemów, uporządkowanych sposobów myślenia o świecie, spójnych klasyfikacji. Świat postrzegany jako proces, nie daje się ująć w ścisłe prawa. Można go co najwyżej próbować opowiadać, najlepiej na wiele sposobów, w sposób giętki i pozostawiający szczeliny na dokonywania kolejnych interpretacji, wpisywania własnych biograficznych narracji."
Ostatnio znów podczytuję tę książkę, już bez wielkiego entuzjazmu i błysku w oku, ale i bez dziesiątek socjologicznych koncepcji i teorii z tyłu głowy. Raczej z kieliszkiem wina obok i z ciekawością dotyczącą tego, jak daleko odeszłam od tych kobiet, którymi kiedyś byłam. I od kogo odeszłam bardziej: od ogolonej prawie na łyso (0,5 mm) i chyba dość bezczelnej dziewczyny, która zajmowała się po prostu życiem, od czasu do czasu, ale nie za często, pisząc opowiadania; czy od chyba już wtedy bardziej wyważonej kobiety, która każdą chwilę spędzała w bibliotece, w miejscach prowadzenia badań i przy laptopie (o ile nie uczyła się jidysz). Na pewno teraz jestem w stosunku do "Biegnącej.." bardziej krytyczna. Zastanawiam się np. nad tym, czy można mówić o życiu zgodnym z naturalnym, kobiecym cyklem - chodzi o cykl miesięczny, którego doświadczanie ma się przekładać na większą wrażliwość na opisywany przez Estes cykl Życia-Śmierci-Życia - skoro wiele z nas dzięki tabletkom antykoncepcyjnym zapomniało, co to menstruacja. Jeśli jednak umieracie z tęsknoty za nowym życiem i szukacie inspiracji, a do tego bliska jest Wam Jungowska perspektywa i nie macie alergii na feminizm, książka najprawdopodobniej przypadnie Wam do gustu.
Clarissa Pinkola Estes, "Biegnąca z wilkami", Wydawnictwo Zysk i S-ka", Poznań 2001
niedziela, 01 kwietnia 2012
16.00, niedziela, na zewnątrz przyszywający wiatr, a w Dolnośląskim Centrum Filmowym pusto. Zastanawiamy się z G., dlaczego bilety nie są 2 razy tańsze. Kalkulujemy, że na niedzielny seans przyszłoby wówczas przynajmniej 2 razy więcej widzów. (Jeśli odwiedziliście DCF w tanią środę, gdy bilet kosztuje 11 złotych, zapewne nie dziwią Was nasze wyliczenia - w tanie środy kino tętni życiem, a bilety na wieczorne seanse trzeba rezerwować z kilkudniowym wyprzedzeniem). Oczywiście, nie zawsze cena gra największa rolę. Może chodzi o brak popcornu i zbyt małe sale i ekrany? W multipleksach jest drożej, a chyba nie narzekają na brak klientów? (Dawno w żadnym nie byłam, więc nie wiem). Mimo zimna warto było dziś wyjść z domu i pójść do kina (czy warto było pójść pobiegać, nie wiem do tej pory - po porannym bieganiu przez pół dnia czułam się kompletnie oraz doszczętnie przewiana). Podczas tego weekendu filmowy wybór musiał paść, według mnie, na "Dokąd teraz?" Nadine Labaki. (Kilka lat temu zachwycił mnie "Karmel", wcześniejszy film libańskiej reżyserki). "Dokąd teraz?" to opowieść, która - być może - na początku rozwija się zbyt leniwie, a nawet ospale. Jeśli jednak nie zaśniecie w przeciągu pierwszych dwudziestu minut, nie raz wzruszycie się i roześmiejecie, oglądając ten film. Zacznijmy od smutnej części tej historii:
Mówiąc w skrócie: najpierw mężczyźni bronią honoru, ojczyzny czy religii, później kobiety muszą nosić żałobę. Gdybym wierzyła w prawa uniwersalne, napisałabym, że to jedno z takich praw. Pierwszą część "Dokąd teraz?" można by pokazywać studentom nauk społecznych podczas zajęć z dynamiki procesów grupowych. Ponieważ film opowiada o konflikcie muzułmańsko - chrześcijańskim, przed seansem należałoby nieco naświetlić specyfikę relacji tych dwóch grup wyznaniowych w XX i XXI wieku, dodając, że sposób tworzenia się antagonizmów jest podobny, niezależnie od tego, czy członkowie grup różnią się od siebie wyznawaną religią czy kolorem oczów. Smutek tej historii materializuje się w cmentarzu, a właściwie dwóch cmentarzach, chrześcijańskim i muzułmańskim, oddzielonych drogą, powstałych po eskalacji konfliktu. Reżyserka nie wyjaśnia, o co poszło, ale czy to w ogóle istotne? Bardziej radosna część "Dokąd teraz?" opowiada o tym, jak kobiety radzą sobie z męskimi uprzedzeniami:
W jakimś sensie nie jest to 'poprawny' film, ale ja tę niepoprawność kupuję. Gdy oglądam "Dokąd teraz?", staję się esencjonalistką, wierzącą w to, że istnieją dwie płcie, które sporo od siebie różni. Nie wdając się w dyskusje, czy chodzi o różnice o podłożu kulturowym czy biologicznym, wraz z reżyserką brnę w esencjonalistyczne interpretacje. Tak, to mężczyźni prowadzą nieracjonalne wojny i wojenki, podczas których walczą o abstrakcyjne pojęcia. Tak, to kobiety mają bardziej trzeźwe i rozsądne podejście, i rozumieją, że - niezależnie od tego, czy modlą się do Boga czy Allaha - zabijanie nie prowadzi do niczego dobrego. Co więcej, mężczyźni sami nie dojdą do podobnych wniosków, nie będą też słuchać żadnych argumentów, w związku z czym należy ich pozbawić broni i zmusić do zmiany sposobu myślenia. (Jeśli inne środki zawiodą, trzeba zrobić to podstępem). Zabawny, wzruszający i przewrotny film.
"Dokąd teraz?", reż. Nadine Labaki, Francja, Liban 2011
czwartek, 29 marca 2012
Miałam 6 lat, gdy najprawdopodobniej po raz pierwszy przekonałam się, w jak różny sposób można definiować rzeczywistość. Rano założyłam ŻÓŁTĄ koszulkę, poszłam w niej do szkoły, przed wuefem musiałam ją zdjąć i założyć inną, na zmianę, po wuefie tej pierwszej już nie było. Do domu wróciłam bez koszulki. Mama bardzo się dziwiła, słuchając mojej opowieści - była przekonana, że ubrałam koszulkę BIAŁĄ. Tę samą, którą następnego dnia znalazłyśmy w szkolnej szatni. Nie miałam pojęcia, jak to się stało. Twardo trzymałam się swojej wersji zdarzeń. Nie powinnaś zmyślać, usłyszałam. Jeśli macie za sobą podobne doświadczenia, spodoba się Wam najnowsza książka Olgi Tokarczuk, opowiadająca o tym, co pomiędzy 'prawdą' a 'zmyśleniem'. Nie chodzi jedynie o nasze indywidualne przeżycia - pisarka z równie dużą uwagą przygląda się temu, co społeczne. Jednym z moich ulubionych tekstów jest esej otwierający książkę, czyli "Jak wymyślić heterotopię. Gra towarzyska". Podoba mi się wizja świata wyłaniająca się z tej historii. Jest to świat "inny niż ten, który znamy". Olga Tokarczuk, szczególnie w tym tekście, praktykuje zdziwienie, dyskutując z oczywistościami, organizującymi nie tylko myślenie pojedynczych ludzi, ale i życie społeczne i jego wytwory: prawo, gospodarkę, sztukę itd. Jak mógłby wyglądać świat, gdybyśmy wyobrazili sobie, że rządzą nim inne reguły niż te, które znamy? Zgodnie z wizją eseistki jest to świat, w którym można się swobodnie przemieszczać. Zamieszkujący go ludzie z dystansem podchodzą do tzw. postępu wiedzy i do wiedzy 'w ogóle', w tym do wiedzy o sobie: "Zmieniają imiona w ciągu swojego życia i wciąż inaczej interpretują własną biografię". Nie ma miejsca na prostacki darwinizm, bo uważa się, że zmiany dokonują się nie tylko poprzez walkę i współzawodnictwo, ale i dzięki współpracy oraz pomocy. Jest miejsce na partnerski sposób traktowania zwierząt, w związku z czym "nie ma mowy o zabijaniu i zjadaniu. Surowce kopalne nie podlegają obrotowi handlowemu. Więzy krwi nie są najważniejsze: "Heterotopianie zupełnie inaczej rozumieją też słowo rodzina. U nich rodzinę może tworzyć na przykład jedna starsza kobieta i jej dwanaście kotów". Oczywiście (sic!), nie ma też mowy o bolesnym podziale na dwie płcie. Rozmnażanie się nie jest wartością samą w sobie. Religia jest jedną z najbardziej intymnych kwestii - rozmawia się o niej jedynie w kręgu bliskich przyjaciół. Śmierć jest niezwykle użyteczna. Nierealne? "Skoro można pomyśleć, że może być lepiej, to znaczy, że już jest lepiej" - pisze Olga Tokarczuk. Jeśli nie za bardzo interesują Was dywagacje na temat tego co 'realne' i 'wyobrażone', ale chcielibyście zorientować się w problemach współczesnej humanistyki, sięgnięcie po książkę Olgi Tokarczuk też będzie dobrym posunięciem. Pisarka opowie Wam o niezwykle modnej i jeszcze bardziej enigmatycznej teorii queer i zajmująco wprowadzi w tematykę posthumanizmu (nie używając nawet tego słowa). Wszystko to bez przypisów i przydługawych zdań. (Choć do języka, w którym zostały napisane te eseje, mam pewne zastrzeżenia - czytając książkę, co rusz natykałam się na błędy stylistyczne czy gramatyczne - redaktorka powinna się wstydzić). "Moment niedźwiedzia" to niezwykle inspirujący, ale i rozproszony oraz nierówny zbiór. Znajdziecie w nim świetne eseje, ale i teksty nijakie czy okazyjne (co zapewne wynika z tego, że jest to zbiór esejów wcześniej publikowanych w polskiej i zagranicznej prasie (w "Gazecie Wyborczej", "Krytyce Politycznej", w "Die Zeit", "Odrze" i in.). Olga Tokarczuk pisze w nim o czytanych książkach, poznanych miastach, o podróżach i zwierzętach (szkoda, że zabrakło pięknego tekstu "Ruta. Czego mnie nauczyła", opublikowanego niegdyś w "Zadrze"), opowiada o Polsce Niemcom i o Odrze mieszkańcom Warszawy czy Krakowa, wreszcie analizuje histerię smoleńską. Ostatnio miałam w rękach kilka pękatych książek (nie przez wszystkie przebrnęłam do końca), i dopiero ta zmobilizowała mnie do pisania. Czyli polecam :).
Olga Tokarczuk, "Moment niedźwiedzia", Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012
niedziela, 04 marca 2012
To jest ten czas, gdy zdarzenia znowu zaczynają układać się w historie. Gdy czuję spokój rozlewający się gdzieś na dole brzucha (w ciele się kończę, w ciele się zaczynam, ale chyba już o tym pisałam). Kupuję szarą sukienkę z dzianiny, jest idealna na tę wiosnę. Idealny jest też ten dzień z porannym bieganiem; z gościem z Poznania, który przyjeżdża na obiad; z chwilą w Tajnych Kompletach, w których kupuję nową Bargielską (K. mówi, szukając jej tomiku na półkach, że może musimy szukać pod "F", bo może pisarka publikuje teraz jako Justyna Furgał. Nie ma mowy, myślę, uparcie przeglądając książki autorów na "B"); z czekoladą z wiśniami, pitą w towarzystwie dwóch uroczych żydolożek. Nie wiem, czy przemieszczacie się pekaesami - ja mam taki zwyczaj. Wieczorami w moich pekaesach jest ciemno, co oznacza, że nie można czytać. Wielokrotnie zastanawiałam się, jaka może być tego przyczyna. Oszczędności? Bezsens włączania światła w autobusach, w których nikt nie czyta? Nieużywanie samochodu za dnia ma swoje plusy, bo jadąc (i mając ze sobą książkę), mogę być jednocześnie zupełnie gdzie indziej. W nocy nie dość, że nie mogę czytać, to jeszcze omija mnie przyjemność jeżdżenia pustymi ulicami i drogami. Wyobraźcie sobie, że dzisiejszy kierowca nie dość, że był przystojny, to jeszcze oświetlił autobus. Więc mam go już w sobie, całego "Bacha for my baby", i od teraz będziemy żyli razem.
_________
Grecjo, upadaj
Jestem taka chuda i to może być każdy, ale to właśnie ten mówi mi, co we mnie lubi, dźwięk i blask spawania. Na co ja mu mówię, że właściwie to lubię oceany i morza.
Ścianę bez okien maluję na biało, czy to ściany wesele, bo na pewno nie moje. Jestem taka chuda, że mogłabym być wszędzie. Sama sprowadziłam na siebie to nieszczęście i to, co w nim najgorsze: że pójdę dalej.
z: Justyna Bargielska, "Bach for my baby", Biuro Literackie, Wrocław 2012
___________________
Przypominam, że jako socjolożka i badaczka jakościowa, piszę teraz tutaj.
niedziela, 19 lutego 2012
Odkąd pamiętam, szerokim łukiem omijałam wesela i śluby. Nie musiałam, co prawda, robić tego zbyt często, ponieważ spora część moich znajomych ślubów nie bierze (i nie ma takiego zamiaru), jednak od czasu do czasu dostawałam zaproszenia na tego typu uroczystości (zazwyczaj rodzinne). W takiej sytuacji, jeśli akurat nie byłam na tyle daleko, żeby napisać, że "ze względu na to, że przebywam obecnie w Berlinie, w Poznaniu czy w Strasburgu..", pisałam: "z przyczyn ode mnie niezależnych.." Pomimo tego typu uników na kilku ślubach jednak byłam. Z okazji ślubu i wesela, na którym byłam wczoraj, żadnych sztuczek nie użyłam. Ponieważ symboliczne 'tak' zdecydowała się wypowiedzieć jedna z moich ulubionych par, nie zastanawiałam się zbyt długo nad tym, czy uczestniczyć w tej ceremonii. Zastanawiałam się natomiast nad tym, w co mam się w ogóle ubrać oraz próbowałam odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ja właściwie tych ślubów nie znoszę. I już, po raptem kilkunastu latach nielubienia, wiem, w czym rzecz: 1. Świat składa się wyłącznie z heteroseksualnych par Ilekroć miałam do czynienia z tzw. tradycyjną uroczystością weselną, odnosiłam wrażenie, że jej celem jest zbudowanie dwóch iluzji. Iluzja pierwsza: świat zaludniają tylko i wyłącznie pary. Choć, oczywiście, wystarczy wyjść z domu weselnego, żeby się przekonać, że tak nie jest. Żyjemy przecież w świecie, w którym jedną z nowych form życia małżeńsko-rodzinnego (sic!) jest bycie singlem. Tymczasem niepisaną regułą uczestniczenia w weselu jest zabranie ze sobą 'osoby towarzyszącej'. Jeśli jesteś kobietą i nie masz stałego partnera, koniecznie weź ze sobą przyjaciela, kolegę z pracy, znajomego, którego poznałaś na wakacjach czy użytkownika serwisu randkowego. Mężczyzn obowiązuje przy tym analogiczna reguła. Osoba samotna/singiel (wybaczcie, ale nie będę w tym momencie rozwodzić się nad różnicami w znaczeniach tych dwóch pojęć) podczas ślubu jest wybrakowana - zamiast wybrać się na uroczystość, niech już lepiej siedzi w domu. Na ślub nie możesz pójść z koleżanką, nawet jeśli nie jesteś lesbijką (o tym za chwilę), choć to z koleżanką chodzisz zazwyczaj do kina i na kawę. Ślub jest wydarzeniem, które zawiesza dotychczasowe sposoby spędzania wolnego czasu. Jeśli jesteś kobietą, na ślub zabierasz mężczyznę, jeśli jesteś mężczyzną, na wesele idziesz z kobietą. Kropka. Druga iluzja, wytwarzana wewnątrz ślubnego kosmosu, związana jest z orientacją homoseksualną. Świat nie zaludniają bowiem po prostu pary. Zadaniem ślubnej ontologii jest przekonanie nas do tego, że wszyscy jesteśmy heteroseksualni. I nie chodzi tylko o to, że w Polsce nie można zawierać jednopłciowych związków. Na tzw. tradycyjny ślub i wesele nie wypada pójść z chłopakiem (jeśli jesteś mężczyzną) lub z dziewczyną (jeśli jesteś kobietą), nawet jeśli tworzysz z tym chłopakiem (dziewczyną) związek od 5-ciu czy 10-ciu lat.
2. Wszyscy i wszystkie chcą wyjść z mąż/ożenić się Na pewno znacie weselną, oczepinową zabawę z rzucaniem welonu/muszki. Jeśli uczestniczącej w niej osobie uda się złapać któryś z tych przedmiotów, najprawdopodobniej w przeciągu roku zmieni stan cywilny. Ta zabawa opowiada nam historię o tym, że każdy/każda z nas, jeśli jest 'panną' lub 'kawalerem,' tylko czeka na okazję, żeby stać się żoną/mężem. Co z ludźmi, którzy nie mają ochoty na formalizowanie związku? Albo z takimi, którzy nie mogą tego zrobić? No cóż, konwencja tej zabawy nie przewiduje takich opcji.
3. Rodzina to podstawa Nawet jeśli młoda para nie kojarzy imion członków i członkiń dalszej rodziny, ślub i wesele nie obejdzie się bez nich. Anachroniczny sposób organizowania tych imprez wydaje się pomijać to, że w naszym prywatnym życiu dokonała/dokonuje się rewolucja, polegająca na osłabieniu więzi z członkami dalszej rodziny, i poszerzania oraz wzmacniania więzi z kręgiem przyjaciół i znajomych. Niezależnie od tego, jak wygląda nasza codzienność i składające się na nią kontakty międzyludzkie, organizując wesele, przypominamy sobie o widzianych kilka razy w życiu ciotkach, wujkach, kuzynach i kuzynkach.
4. Księżniczką być Ślubna moda to temat na osobny wpis. Dzisiaj napiszę tylko, że szacunkiem darzę każdą pannę młodą, która odważy się założyć sukienkę inną niż taka, w której kobieta wygląda jak beza, (podobno) stając się również księżniczką.
W powyższej notce pastwię się nad idealnym typem tradycyjnego ślubu i wesela, pisząc o tym, co najbardziej uwiera mnie w tego rodzaju imprezach. Typ ten coraz częściej jest modyfikowany przez nowożeńców i ich rodziców, co tchnie pewnym optymizmem.
_________________________________ _________________________________________ Poza tym, polecam do obejrzenia:
wtorek, 14 lutego 2012
Nawet jeśli wygląda na to, że przestałam pisać, nie jest to prawda. Piszę, a raczej prze-pisuję (proszę przetłumaczyć mi słowo 'copywriting' - będę wdzięczna). Poza tym, wszystko w normie, a nawet ponad normę: dzwonię, spotykam się, piję kawy i herbaty, uśmiecham się, przestaję się uśmiechać, dotrzymuję terminów, sporo czytam (głównie raporty z badań), trzymam kciuki za szczęśliwe rozwinięcia wątków, które puściłam w ruch w listopadzie i grudniu, niektórych połączeń staram się nie odbierać po 18.00. Widziałam też kilka niezłych filmów: Kadr z "Rzezi" w reżyserii Romana Polańskiego
Kadr z "Róży" w reżyserii Wojtka Smarzowskiego
Kadr z "Musimy porozmawiać o Kevinie" w reżyserii Lynne Ramsay
Noszę te historie w sobie, czasem o nich myślę. O każdej z nich mogłabym napisać solidny tekst pełen błyskotliwych skojarzeń i oryginalnych interpretacji. Ale sami/same wiecie, że takich tekstów jest już za dużo - nie mamy czasu ich przeglądać, a co dopiero uważnie czytać. Filmy, w każdym razie, polecam.
Zastanawiam się, czy prozaiczność pisania konkretnych tekstów może rozprzestrzeniać się na inne sfery życia. I czy to dlatego głowę zaprzątają mi teraz myśli typu: potrzebuję urządzenia wielofunkcyjnego. I kilku nowych ubrań. Cieszę się, że przyszło ocieplenie - znów będę mogła biegać.
Dobrej nocy.
sobota, 28 stycznia 2012
5 lat minęło jak.. Jeden dzień! ;). 28. stycznia 2007 roku opublikowałam pierwszy narracyjny wpis, zatytułowany.. "początek opowieści". Ten blog miał być wtedy blogiem 'socjologicznym', prowadzonym obok bloga 'osobistego'. W międzyczasie blogi zaczęły się przenikać, w rezultacie czego zostały tylko n a r r a c j e. Doszedł jednak Facebook i Blip, i sama zaczęłam się już w tym wszystkim gubić. Pisanie bloga to jedno z najprzyjemniejszych uzależnień. W blogowaniu podoba mi się niemalże wszystko - to, że piszę tu 'u siebie' - tak jak chcę i o czym chcę, bez redaktora i wymaganej ilości znaków; to, że nie piszę tylko 'dla siebie', bo wiem, że 'po drugiej stronie lustra' jesteście Wy. Wbrew pozorom, to także bardzo cielesna czynność. Wstukiwanie słów w klawiaturę. Słuchanie szemrania laptopa. Wdychanie zapachu kawy albo herbaty. Przyglądanie się wybieranym zdjęciom albo fragmentom filmów. Od 2007 roku bardzo się zmieniłam. Jestem znacznie mniej naiwna. Inaczej wyglądam. Podobają mi się inne sukienki. Zeszłam z roweru, wsiadłam do samochodu. Przeprowadzki, przynajmniej częściowo, straciły dla mnie swój urok. Jestem też trochę spokojniejsza.
czwartek, 15 grudnia 2011
Olga Tokarczuk to pisarka, która szczególną uwagę poświęca ciału i cielesności. Temu motywowi w jej twórczości będzie też poświęcone spotkanie z autorką „Biegunów”. W ramach cyklu Dysk Gepperta, organizowanego przez Fundację Art Transparent, porozmawiam z Olgą Tokarczuk o jej sposobach pisania o cielesnych stronach ludzkiego życia, począwszy od tego, jak zmienia się ciało w czasie ciąży, skończywszy na ciele, które się starzeje.
21. grudnia, 18.00, Mieszkanie Gepperta ul. Ofiar Oświęcimskich 1/2, Wrocław S e r d e c z n i e z a p r a s z a m! :) |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||