sobota, 28 stycznia 2012

 

5 lat minęło jak.. Jeden dzień! ;).

28. stycznia 2007 roku opublikowałam pierwszy  narracyjny  wpis, zatytułowany.. "początek opowieści". Ten blog miał być wtedy blogiem 'socjologicznym', prowadzonym obok bloga 'osobistego'. W międzyczasie blogi zaczęły się przenikać, w rezultacie czego zostały tylko  n a r r a c j e. Doszedł jednak Facebook i Blip, i sama zaczęłam się już w tym wszystkim gubić.

Pisanie bloga to jedno z najprzyjemniejszych uzależnień. W blogowaniu podoba mi się niemalże wszystko - to, że piszę tu 'u siebie' - tak jak chcę i o czym chcę, bez redaktora i wymaganej ilości znaków; to, że nie piszę tylko 'dla siebie', bo wiem, że 'po drugiej stronie lustra' jesteście Wy. Wbrew pozorom, to także bardzo cielesna czynność. Wstukiwanie słów w klawiaturę. Słuchanie szemrania laptopa. Wdychanie zapachu kawy albo herbaty. Przyglądanie się wybieranym zdjęciom albo fragmentom filmów. 

Od 2007 roku bardzo się zmieniłam. Jestem znacznie mniej naiwna. Inaczej wyglądam. Podobają mi się inne sukienki. Zeszłam z roweru, wsiadłam do samochodu. Przeprowadzki, przynajmniej częściowo, straciły dla mnie swój urok. Jestem też trochę spokojniejsza.

 

 





Tagi: urodziny
00:22, anna.wiatr
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 grudnia 2011

 

Olga Tokarczuk to pisarka, która szczególną uwagę poświęca ciału i cielesności. Temu motywowi w jej twórczości będzie też poświęcone spotkanie z autorką „Biegunów”. W ramach cyklu Dysk Gepperta, organizowanego przez Fundację Art Transparent, porozmawiam z Olgą Tokarczuk o jej sposobach pisania o cielesnych stronach ludzkiego życia, począwszy od tego, jak zmienia się ciało w czasie ciąży, skończywszy na ciele, które się starzeje.

Z dużą dozą ostrożności można napisać, że Olga Tokarczuk opowiada o ciele ‘po kobiecemu’, i to nie tylko dlatego, że zajmuje się głównie tym, jak zmienia się ciało kobiety ciężarnej albo starej. Autorka pisze o ciele z czułością, przyglądając się procesom, składającym się na ludzką egzystencję. W „Ostatnich historiach” czytamy: „Widziałam, jak zmienia mi się ciało, jak łagodnieje w kształtach. (…) Uda ze zgrabnych i poznaczonych taśmami mięśni więdną, pokrywają się nierównymi grudkami tłuszczu, brzuch pcha się do przodu, krągły jak blada, miękka bułka; piersi stają się wiotkie, zamszowe w dotyku, delikatne jak mięsiste płatki wodnego kwiatu. Staję się krucha, najchętniej sama siebie wzięłabym w objęcia i utuliła, pogładziła czule ramiona i piersi, delikatnie położyła na łóżku i kołysała, szeptała”. Taki sposób pisania można nazwać ‘czułą narracją’.

Autorka nie poprzestaje jednak na poszukiwaniu nowych sposób opowiadania o tym, co dzieje się z ludzkich ciałem. Czytanie powieści i opowiadań Olgi Tokarczuk może sprawić, że czytelników i czytelniczki „Domu dziennego, domu nocnego” albo „Gry na wielu bębenkach” dopadnie cielesno-płciowe zwątpienie. Płeć nie jest ani czymś oczywistym, ani naturalnym, mówi Olga Tokarczuk, opowiadając o mnichu Paschalisie i o bogini Kummernis. Z książek pisarki sączy się wiedza o tym, że w życiu zdarzają się przeróżne sytuacje niedopasowania czy odstawania, także cielesnego i płciowego, i że te sytuacje, być może, nie są wcale ‘wyjątkiem od reguły’, bo samej reguły nie ma.

 

21. grudnia, 18.00, Mieszkanie Gepperta

ul. Ofiar Oświęcimskich 1/2, Wrocław


S e r d e c z n i e   z a p r a s z a m! :)


wtorek, 13 grudnia 2011

 

Leniwe niedzielne popołudnie. Słucham audycji „Wrzenie świata" w TOK FM. Wojciech Tochman rozmawia z Ewą Winnicką o książce „Londyńczycy" (tytuł roboczy), która ma się ukazać w przeciągu kilku miesięcy nakładem Wydawnictwa Czarne. Tochman sugeruje, że kobieta-reporterka właściwie nie może podróżować i zbierać materiałów, ponieważ ma dzieci.  Stwierdzenie autora „Córeńki” irytuje mnie do tego stopnia, że postanawiam przeczytać książkę Winnickiej, niezależnie od wszystkiego, przy pierwszej nadarzającej się okazji. 

Napad impulsywnej złości okazuje się bardzo pożyteczny (tę złość wciąż uważam za uzasadnioną). Mija kilka miesięcy, dostaję przesyłkę z „Londyńczykami” Ewy Winnickiej, przyglądam się zdjęciu na okładce, na którym wąsaty mężczyzna trzyma na rękach małą dziewczynkę, podczas gdy kobieta pokazuje dziecku kaczuszkę. Jeszcze nie wiem, że trzymam w rękach zbiór świetnych reportaży, choć już wiem, że ich autorka ma dzieci.

Od „Londyńczyków” nie mogę się oderwać. Jestem pod wrażeniem warsztatu autorki – historie toczą się szybko i zamaszyście. Mimo wielokrotnych zmian czasu i miejsca, widzę główną nić książki, wokół której misternie plecione są losy jej bohaterek i bohaterów. Szczególną przyjemność sprawia mi rozpoznawanie miejsc, w których przecinają się historie opowiadane przez Ewę Winnicką.

W trakcie czytania próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego właściwie jestem zachwycona tą książką. I dochodzę do wniosku, że „Londyńczycy” wpisują się w mój idealny typ reportażu, i że stąd ten pozytywny odbiór. Teraz, drodzy czytelnicy i czytelniczki, będę subiektywna i emocjonalna – proszę wybaczyć, ale kobieta nie jest w stanie przeskoczyć pewnych rzeczy.

Reportaż zbliżający się do gatunkowego ideału to według mnie reportaż, który pokazuje złożoność i paradoksalność ludzkiego życia, robiąc to „od podszewki”. Jeśli chodzi o „podszewkę”: tyle razy słyszeliśmy o bohaterstwie polskich lotników walczących w Anglii w czasie II wojny światowej, ale czy słyszeliśmy o ich erotycznych przygodach? Przygodach będących raczej regułą niż od niej wyjątkiem. W „Londyńczykach” czytamy: „Pierdol wszystko w dupę, taki nasz los zasrany – pisze do kolegi nasz lotnik z Blackpool, jeden z bohaterów Orłów nad Europą – ja teraz tylko piję, bawię się i pierdolę”.

Jeśli piszę o „złożoności i paradoksalności”, to mam na myśli dreszcze, które czuję, ilekroć czytam o rozmaitych kolejach ludzkich losów, zmieniających swój bieg pod wpływem tak zwanych przypadkowych zdarzeń. Tę dziwną, niepoddającą się kontroli cechę ludzkiego życia Ewa Winnicka potrafi intrygująco wyeksponować. Oznacza to (poza tym, że reporterka posiada wyjątkowe kompetencje narracyjne), że owa cecha wynika z przyjętej konwencji pisania, co jednocześnie nie oznacza, że dreszcze są przez to mniej przejmujące.



Cieszę się, że Ewa Winnicka znalazła - mimo wszystko - czas, żeby parę razy polecieć do Londynu. Dzięki temu możemy – między innymi – przeczytać o wojennych i powojennych wątpliwościach Polaków co do tego, czy Brytyjki nadają się na polskie żony; o tym, co zdarzyło się zanim poseł PiS zaproponował w polskim Sejmie, żeby naszym królem został Jezus Chrystus z Nazaretu; o tym wreszcie, jak trudno mówić o „narodowej tożsamości”, gdy spogląda się na nią z londyńskiej perspektywy.



Ewa Winnicka, "Londyńczycy", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011 

____________

 

Tekst ukazał się na stronach serwisu mojeopinie.pl.

 



poniedziałek, 05 grudnia 2011

 

Czekając na telefon (dziś wieczorem jestem szoferką), uprzejmie donoszę, że miesiąc temu otworzyłam nowy rozdział pt. Pracownia Badań Jakościowych IN VIVO. Serdecznie zapraszam do współpracy i do polubienia, oczywiście :).

 

 


niedziela, 20 listopada 2011

 

Wszechobecna frustracja uzmysłowiła mi po raz kolejny, że wolność jest tylko złudzeniem. Ludzie stali się teraz niewolnikami bezrobocia i drożyzny. Na chodnikach roiło się od nowych ubogich. Ale w tamtym blasku sierpniowego słońca i tak padłem ofiarą turystycznego nieporozumienia: przepaści dzielącej miejscowych od przybyszów. Wdzięczny detal architektoniczny albo gra świateł potrafiły przemienić cudzą biedę w całkiem udane zdjęcie. Pogoda była kusząco bezwietrzna. Nagie dzieci pluskały się w zatrutej rzece.  

 

 

Jakiś czas temu namawiałam Was do tego, żebyście, zamiast wyruszać w podróże, zostali w domu. Sama natomiast czekam na coś: zdarzenie, spotkanie, może książkę albo film, które sprawią, że uwierzę w to, że podróżowanie jest wciąż możliwe. Nie mówię przy tym o możliwości technicznej ani ekonomicznej – te, jak wiadomo, przestały być problemem (choć nie dla wszystkich). Mówię o możliwości podróżowania bez towarzyszącego mu poczucia niestosowności, wynikającego choćby z tego, że kąpiel dzieci w zatrutej rzece w czasie podróży staje się ładnym widokiem, który warto sfotografować.

Na razie nic nie wskazuje na to, że to coś się zdarzy. Jeden z kierunków możliwych podróży zapewne odpada: zamykając książkę „Po Syberii” Colina Thubrona, pomyślałam, że najprawdopodobniej nigdy się tam nie wybiorę. (Na okładce książki Mariusz Wilk pisze o swojej pewności co do tego, że po przeczytaniu książki Colina czytelnik sam zechce tam pojechać. Ta pewność jest dla mnie zastanawiająca).

Z kolei niepewni tego, co Colin robi w ich wsiach i miastach, są mieszkańcy Syberii. Autor nie potrafi udzielić im odpowiedzi na powtarzające się pytanie Co pan tu robi?. Czytelnikowi wyjaśnia: Co ja tu robię? Otwarłem oczy na mrok. Próbuję dotrzeć do sedna Syberii, choć pewnie go nie ma; chciałbym choć przez chwilę być świadkiem, jak Syberia dźwiga się z ruin po komunizmie – podpatrzyć, jak odwieczna, nieodparta potrzeba wiary wpada w plątaninę kanałów i płynie dalej pod inną nazwą. Bo nie umiałem wyobrazić sobie Rosji bez wiary.

Pomijając to, że z dużym dystansem odnoszę się do wszelkich odwiecznych, nieodpartych potrzeb, w książce Colina zabrakło mi głównie czułości i empatii. Chodzi o umiejętność współodczuwania z ludźmi, których autor spotykał. Zamiast tego co rusz natykałam się na opisy otyłych kobiet i pijanych mężczyzn. Colin najwyraźniej nie polubił mieszkańców i mieszkanek miejscowości, do których podróżował, przez co i ja miałam z tym problem, choć "Po Syberii" to ciekawie napisany reportaż.

Próbowałam to sobie jakoś wytłumaczyć. Może to kwestia kulturowej, społecznej i ekonomicznej przepaści, dzielącej Colina i jego bohaterów? Może autor nie odrobił lekcji pt. postkolonializm (choć Andrzej Stasiuk zapewnia, że książka jest piękna i kompleksów postkolonialnych pozbawiona)? Może nie wystarczy samo bycie reporterem, żeby każdego zrozumieć? I wreszcie: czym różni się zrobienie z cudzej biedy dobrego zdjęcia od napisania z tej biedy dobrego reportażu?

 

 

 

Colin Thubron, "Po Syberii", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011 

 

________

 

Tekst ukazał się na stronach serwisu mojeopinie.pl.

 

wtorek, 25 października 2011

 

Gdy czytałam tę książkę, gdzieś z tyłu głowy miałam inny tekst, komentarz, który sprawia, że umysł ma się na baczności. Książka czytana to "Unter deutschen Betten. Eine polnische Putzfrau packt aus" Justyny Polanskiej, esej, który dzięki niej sobie przypomniałam, to "Can the Subaltern Speak?" Gayatri Chakravorty Spivak. Oba te teksty są niewygodne - poruszają tematy, o których rzadko się mówi i jeszcze rzadziej pisze. Jeden jest napisany językiem prostym i nie do końca poprawnym, z drugiego nic nie zrozumie ktoś, komu obcy jest naukowy dyskurs. Spotkanie tych tekstów, nawet jeśli jest to spotkanie, które odbywa się tylko w mojej głowie, jest zdarzeniem niezwykłym i pouczającym. Zacznijmy od początku.

Na początku maturzystka z Poznania wyjeżdża do Niemiec jako au pair Maedchen, czyli opiekunka do dzieci, która pracuje za grosze, jednocześnie ucząc się języka. Spędza w ten sposób nie najlepszy zapewne w jej życiu rok, następnie pracuje jako kelnerka w tureckim barze, by stać się sprzątaczką, tytułową Putzfrau (jeśli ktoś usłyszał dobrze sytuowanego Niemca wypowiadającego to słowo, mniej więcej wie, z jakimi emocjami się ono wiąże, nie mówiąc o tym, jakich emocji dostarcza wykonywanie tego zawodu). Książka jest niedostępna w Polsce, i zapewne nie zostanie przetłumaczona, ale polscy czytelnicy mogą przeczytać wywiad z jej autorką - tutaj. Janusza Rudnickiego  "Unter deutschen Betten.." też zaciekawiła, ale pisarz jest mniej powściągliwy niż przeprowadzający wywiad Włodzimierz Nowak i wali prosto z mostu:


"Justyna, Wałęsa w spódnicy, walczy o równouprawnienie w imieniu wszystkich sprzątaczek (w Niemczech jest ich około pół miliona!). Żeby nie traktowano ich jak podludzi, nie zadawano pytań w rodzaju: "Macie colę w Polsce?". Żeby od czasu do czasu chociaż proponowano im wodę mineralną. Nie wyzywano od "polskich szmat" i czego tam jeszcze. I oczywiście, że musi paść tu jedno z wielkich odkryć ludu, to mianowicie, że ludzie są różni ("przyjemni i nieprzyjemni"). Są tacy i tacy. Obojętnie gdzie, w Polsce czy w Niemczech, różni są. Nie wszyscy są tacy jak inni. A inni nie są tacy jak wszyscy. I tak dalej." Tutaj


Janusz Rudnicki daje w cytowanym tu fragmencie i w całym tekście wyraz swoim klasowym uprzedzeniom - sugeruję to przepracować. Dla jego złości mogę jednak znaleźć odrobinę zrozumienia: przez Justynę znów będzie musiał tłumaczyć niemieckim sąsiadom, że nie wszystkie Polki to sprzątaczki (za powodzenie tej uświadamiającej misji trzymam kciuki). Chciałabym jednak zauważyć, że to dość niezwykłe wydarzenie na mapie literackiego świata: wydanie książki przez sprzątaczkę, która przecież nie powinna się odzywać, a co dopiero pisać. Można by o niej na-pisać reportaż albo przeprowadzić badania na sporej grupie osób, do której należy. Tymczasem Justyna, nie pytając o zdanie żadnego reportera czy socjologa,  niepotrzebnie aspiruje do roli literackiej gwiazdy, pisząc, o zgrozo, o takich rzeczach "jak czyszczenie spodu deski klozetowej z fekaliów gospodyni, która umyślnie je tam uplasowała". Ani to ładne, ani potrzebne, prawda?

Tekst Janusza Rudnickiego przeczytałam z głębokim smutkiem, bo tekst ten pokazuje intelektualne niewyrobienie polskiego pisarza. Książkę Justyny Polańskiej przeczytałam z dużym zainteresowaniem - autorka, pomimo gramatycznych błędów, które robi, jest błyskotliwa i spostrzegawcza. Między innymi te cechy, tak podejrzewam, pozwoliły jej przepracować całe kulturowe gówno - że się tak wyrażę - związane z rolą polskiej sprzątaczki w Niemczech. Autorka jest zadowolona ze swojego życia, lubi swoją pracę i nie chce przeprowadzać się do Polski. (O czym Janusz Rudnicki nie pisze).

Gayatri Chakravorty Spivak, słynna teoretyczna postkolonializmu, twierdzi, że subaltern, czyli osoby z marginesu, posiadające niski kapitał społeczny i/lub kulturowy (a kto w społecznej hierarchii plasuje się niżej od sprzątaczek? Bezrobotni i bezdomni?) nie mogą, z wielu powiązanych ze sobą przyczyn, wyrazić swojego doświadczenia za pomocą własnego głosu. Uniemożliwiają im to m.in. niskie kompetencje językowe, które sprawiają, że są kulturowo i społecznie wyciszeni  i nie wypowiadają się w przestrzeni publicznej (co tym, którzy subaltern nie są, wydaje się oczywiste. Nie publikuje się przecież książek, w których roi się od błędów gramatycznych).

Nie wiem do końca, co myśleć o teorii Spivak, ale od dawna wydaje mi się, że jest ona zbyt pesymistyczna - odbiera przecież  marginesowi możliwość nadawania własnych znaczeń temu, co przeżywają, co mi się nie podoba. Książka Justyny Polańskiej rzuca nowe światło na wywód Spivak, i między innymi dlatego jest ciekawa.

"Unter deutschen Betten.." ciekawa jest jednak także z dwóch innych powodów. Po pierwsze, rzadko kiedy mamy możliwość wejścia do domów obcych ludzi i zobaczenia, co ci obcy ludzie trzymają pod łóżkami.  (Uważam, że to równie zajmujące jak to, jakie książki ci ludzie czytają albo to, co robią, jeśli nie czytają. W ogóle). I po drugie, rzadko kiedy niemiecka kultura opisywana jest przez polskich autorów z tak przyziemnej, skoncentrowanej na codzienności perspektywy.

 


Justyna Polanska, "Unter deutschen Betten. Eine polnische Putzfrau packt aus", Knaur Tachenbuch Verlag, Muenchen 2011



czwartek, 13 października 2011

 

Czytam dwie książki na raz, skokowo, od tygodnia. Gdy ich nie czytam, wymyślam.  Tym razem nie chodzi o żadne historie.

Napoczęłam je w pociągu ulubionej relacji  Berlin-Wrocław. Żeby ułożyła się z tego przyjemna mikroopowieść, w tę napisaną po niemiecku zagłębiałam się do polskiej granicy, tę przetłumaczoną na polski zostawiłam sobie na ciąg dalszy podróży.

Spodobała mi się ta podwójność. Miałam ochotę zamknąć ją w torbie, wynieść z pociągu i rozwinąć już na miejscu. Zamiast tego włączam niemiecką telewizję podczas gotowania. Kroję imbir i miażdżę czosnek, słuchając o Kinder i Hochzeit (wbrew pozorom, kulturę polską i niemiecką więcej łączy niż dzieli. Wystarczy posłuchać serialowych dialogów).

 

Jestem obecnie mniej więcej w środku czytania każdej z nich. Gdy biorę do ręki jedną, inaczej wygląda moja przyszłość w porównaniu z tym, co dzieje się, gdy do ręki biorę tę drugą. W tych przyszłościach chodzę do innych miejsc i inaczej się ubieram. Co innego zajmuje mnie w pracy i poza nią. (Te prace są, oczywiście, także różne). Mam innych znajomych. Używam innych słów i innych kosmetyków. Inaczej pachnę. Z kim innym śpię. Budzę się o różnych porach.

Wcześniej sądziłam, że mam wpływ na to, co wyczytuję z książek. Teraz stwierdzam, że byłam naiwna, i że na  okładkach książek, tak jak na paczkach papierosów, jakiś minister (albo i dwóch) powinien czarno na białym napisać, czym grozi czytanie. Dzięki temu każdy, kto sięga po konkretną książkę, wiedziałby o związanych z tym tożsamościowych i innych zagrożeniach. I mógłby wybrać świadomie.

 


22:52, anna.wiatr , o czytaniu
Link Komentarze (2) »
sobota, 08 października 2011

 

Wyjść z domu, nie mówiąc, dokąd się idzie. Posiedzieć ze starszymi paniami nad fosą, ani nie zachęcając ich do wylewania z siebie biograficznych opowieści, ani ich do tego nie zniechęcając. (I tak powiedzą, co im na sercu leży. A leży krwiak na mózgu.)

Później kupić bilet. Przyglądać się ludziom. Wyłapywać zapach ich perfum. Nie robić sobie nic z trwającego pół godziny reklamowego szaleństwa przed seansem. Wyłączyć telefon. Wyłączyć niektóre funkcje w mózgu. (Szczególnie te, które nadużywają słów "ja" i "moje").

Jeszcze później chodzić z tym filmem przez tydzień albo dwa. Zabrać go na kawę do Berlina. Razem z nim zastanawiać się nad tym, na co czekać i jak długo. Pójść do fryzjera, usiąść na fotelu i powiedzieć: jeśli chodzi o włosy, nie potrzebuję zmian, jeśli chodzi o inne sprawy, jest wręcz odwrotnie. Będziemy ciąć.

 


skóra w które żyje

 

 

PS "Skóra, w której żyję" to film między innymi o tym, że czytanie jest czynnością zastępczą. Zastępczą wobec 'prawdziwego życia'. W kontekście tej narracji  'prawdziwość życia' odnosi się do tego, żeby wstać z łóżka, zamknąć powieść Munro albo  McCarthy'ego, i wyjść z pokoju. W rozmowie z Robertem, swoim oprawcą i stwórcą, Vera pyta znad książki: Czy nie możemy zacząć żyć naprawdę? Pomyślałam, że to wypowiedziane po hiszpańsku pytanie bardzo dobrze wpisuje się w polską dyskusję o niechęci do czytania. Ale czy ktoś je w ogóle usłyszał?

 


niedziela, 04 września 2011

 

Nie znałam wcześniej twórczości Stanisława Dygata. Nikt mi jej dostatecznie dobrze nie zareklamował (choć raz pożyczyłam jedną z jego powieści od znajomej doktorantki, zajmującej się twórczością pisarza. Pożyczyłam i oddałam. Bez wchodzenia w bliższe relacje). Coś we mnie jednak drgnęło, gdy wśród nowości Wydawnictwa Prószyński i S-ka zobaczyłam kolejne wznowienie „Pożegnań”. Zamyśliłam się wówczas nad swoim dotychczasowym lekceważeniem, przypominając sobie jednocześnie film Wojciecha Jerzego Hasa (co tylko pogłębiło mój wstyd).

Pożegnania” przeczytałam z przyjemnością, wcale się tego nie spodziewając (książka po raz pierwszy została wydana w 1948 roku; bez trudu możecie się domyślić, czego oczekiwałam). Okładka głosi, że to historia miłosna napisana z psychologiczną wirtuozerią. Myślę, że ta opowieść to – jeśli już - preludium do historii miłosnej (pewnym rozdrażnieniem reaguję na nazywanie miłością wszystkiego, co dzieje się pomiędzy kobietą a mężczyzną). Nie wiem też, czy mamy tu do czynienia z psychologiczną wirtuozerią pisarza. Bardziej skłaniałabym się do stwierdzenie, że Stanisław Dygat niezwykle dobrze radzi sobie z zawiłościami ideowymi, mniej z psychologicznymi (choć muszę też dodać, że Paweł i Lidka, bohaterowie powieści, to świetnie skonstruowane postacie, które wzbudziły moją sympatię już po kilkunastu stronach lektury).


Znajoma doktorantka na prowadzonej przez siebie stronie poświęconej twórczości Dygata pisze: Dygat został Dygatem uroczym (…). Uroczym autorem ślicznych książek. Ta wygodna formuła zwalniała z traktowania ich w pełni serio. Błahostki, miłe w lekturze, autor ujmujący, niech sobie pisze, ale w literaturze jest tyle poważniejszych spraw do załatwienia. A Dygat to przecież tylko dobrotliwy piewca codziennych, drobniutkich strapień i smuteczków, nękających "zwykłego człowieka", bliski sprawom "zwykłych ludzi": młodzieńców z dobrego domu, których prześladuje odruch korygowania świata na własną rękę. Melancholijnych urzędników, marzących, by zdefraudować kasę i rozegrać wszystko jeszcze raz i inaczej. Zapatrzonych w przeszłość, nieudanych pisarzy, w miarę upływu lat coraz bardziej zgorzkniałych i dryfujących w swoją pustkę. (…) Jakże to dalekie, dalekie od problemów, z którymi winna się mierzyć literatura.

„Pożegnania” to właśnie taka urocza książka o młodym mężczyźnie, który chciałby zmienić świat, choć nie za bardzo wie, jak się do tego zabrać, i o młodej kobiecie, która, co prawda, świata zmieniać nie chce, ale to co widzi, też nie za bardzo jej się podoba. Paweł jest studentem, Lidka fordanserką, łączy ich to, że bez zbytniego zapału odgrywają swoje role oraz to, że na wylot przejrzeli śmieszność tej gry społecznej, którą ludzie nazywają miłością. Jak mogą wobec tego sami w nią grać?

Akcja powieści toczy się w Warszawie w przededniu drugiej wojny światowej, kończy się w roku ’45-tym na obrzeżach stolicy. W „Pożegnaniach” nie znajdziecie jednak opisu getta i huku bomb. Znajdziecie za to dystans do polskiego męczennictwa, także w jego kulminacyjnej, powstańczej odsłonie. Oznacza to, że urocza forma nie przeszkadza w podejmowaniu trudnych tematów, i to jak najbardziej serio. Choć czasem można odnieść wrażenie, że to nie do końca polska powieść – tak lekko i z wdziękiem jest napisana.

 

Has_Pożegnania

kadr z filmu "Pożegnania" (1958), reżyseria: Wojciech Jerzy Has, scenariusz: Stanisław Dygat i Wojciech Jerzy Has, źródło: www.filmpolski.pl

 

 

 

Stanisław Dygat, "Pożegnania", Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

_________________

Tekst ukazał się na stronach serwisu mojeopinie.pl.



środa, 17 sierpnia 2011
2 tygodnie w hotelu w Egipcie (all inclusive). Weekend w Sztokholmie (hostel). Meksyk. Dominikana. Turcja. Bułgaria. Islandia. Austria. Hiszpania. Włochy. Samolotem, pociągiem, samochodem. O wyjazdach do tych krajów słucham przy herbacie, rozmawiając przez telefon i przez Skype’a. Na Facebooku poznaję pierwsze, wakacyjne wrażenia i oglądam dziesiątki zdjęć. Przeglądając blogi, czytam dłuższe relacje. Wzrost zamożności połączony ze spadkiem kosztów przemieszczania się doprowadził do tego, że podróżowanie stało się normą. Choć być może byłoby lepiej, gdybyśmy nie ruszali się z domów.


Przeczytałam tę książkę jednym tchem. Uważam, że powinna być dołączana do biletów, szczególnie lotniczych. Bądźmy przynajmniej świadomi tego, jak groteskowi jesteśmy i co ta groteskowość oznacza dla rdzennych mieszkańców krajów, do których lecimy. „Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym” Jennie Dielmans to książka-wyrzut sumienia. Po jej lekturze można dojść do wniosku, że podróżowanie w obecnej postaci (a innego przecież nie ma, nawet jeśli omijamy pięciogwiazdkowe hotele) jest czynnością podejrzaną moralnie. Społeczne, ekonomiczne i ekologiczne konteksty współczesnej turystyki, opisane przez Jennie Dielmans, mogą wywołać poczucie wstydu oraz zażenowanie. Autorka pisze, że gdyby przed podróżami, które stały się podstawą kolejnych części jej książki, zdawała sobie sprawę, czego doświadczy i czego się dowie, najprawdopodobniej nie wsiadłaby do samolotu.

Czas na kolejną wyliczankę: Hiszpania, Wietnam, Dominikana, Tajlandia, Meksyk. O tych krajach jako celach wycieczek pisze Jennie Dielmans. Seksturyści. Turyści, którzy nie znoszą tego określenia, myśląc, że prawdziwe podróże do autentycznych miejsc wciąż są możliwe. Turyści typu all inclusive, wbrew pozorom, przewidywalni w podobnym co inni stopniu.

Reporterka odkrywa przed czytelnikami niezbyt rozbudowaną gamę podróżniczych możliwości. Interesują nas już nie tylko nietknięte plaże, życzymy sobie również nietkniętych ludzi, pisze, precyzując to, co ma na myśli: Zapotrzebowanie turystów na kulturę i tradycję innych (nieważne, czy będą tam Masajowie w Kenii, Majowie w Meksyku, lud Akha w Tajlandii czy Hmongowie w Wietnamie) stawia wysokie wymagania ludziom, których odwiedzamy. To, czy im zapłacimy, uzależnione jest od tego, czy uznamy ich za malowniczych, autentycznych i nieskażonych cywilizacją. W dniu, w którym Mao oprowadzająca turystów po wietnamskim Sa Pa kupi sobie antenę satelitarną, samochód, lodówkę z zamrażarką lub po prostu inne ubrania, turyści zaczną mieć problem. Przestanie być autentyczna, a jako obiekt zdjęć – atrakcyjna. Konsumujemy nie tylko jej kulturę i tradycje, konsumujemy również jej biedę. Ona musi być biedna dla nas.

Nieustanne przenikanie się perspektywy globalnej z lokalną to ogromna zaleta tej książki. Autorka pisze o tym, dokąd trafiają pieniądze turystów wybierających 'egzotyczne' kraje jako miejsca urlopów (wracają do europejskich koncernów, które są właścicielami hoteli), jednocześnie pokazuje codzienność pracujących w tych hotelach 'tubylców'. Ta książka burzy jeden z mitów masowej turystyki: przekonanie, że przyczynia się ona do rozwoju krajów, do których Niemcy czy Szwedzi zdecydują się polecieć. Okazuje się, że przemysł turystyczny, jeśli już do czegokolwiek się przyczynia, to często do powstawania szkód, np. ekologicznych.

Czytając „Witajcie w raju..”, zastanawiałam się nie tylko nad turystyką rozrywkową, ale i nad turystyką zawodową, uprawianą chociażby przez reporterów, których globalizacja przecież nie omija. Czym różnią się ich opowieści o odległych krajach od historii przywożonych przez amatorów plaży albo wojny wietnamskiej? W jakim stopniu tak zwana ambitna literatura podróżnicza przyczynia się do budowania wyobrażenia autentycznej podróży, powielanego następnie w przewodnikach, a później w kolejnych historiach, których słucham z coraz mniejszą cierpliwością.


Przeczytajcie tę książkę i zostańcie w domu.



Jennie Dielmans, "Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011

______________
Tekst ukazał się na stronach serwisu MojeOpinie.pl.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20