socjologia, opowieści i ja. w różnych proporcjach.
środa, 04 listopada 2009

...jest w tej realizacji schizofreniczność, która niepokoi. Z jednej strony, fotografki i modelki najwyraźniej sprzeciwiają się sprowadzaniu kobiecości do posiadania piersi, z drugiej strony, kobiety po mastektomii, mogą być (bo przecież widzimy, że mogą) atrakcyjne i uwodzicielskie. Nie widzę jednak żadnego powodu, żeby blizny uznać za pociągające, nawet jeśli są to blizny po piersi albo po piersiach...

 


niejednazjedna1

fot.: Agnieszka Kłos

 

 


Więcej tutaj.

 

18:05, anna.wiatr , medyczne
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 października 2009

Ten przedział wydał mi się ciekawy i warty poznania: podróżni czytali albo wyciągali książki i gazety z przepastnych toreb, plecaków, reklamówek. Tak, trasa Wrocław Główny - Poznań Główny, po staremu. Książki zawsze wydawały mi się jakoś związane z pociągami: wiele zmienia się po tym jak przejedzie się te 160 kilometrów, albo przeczyta te 100 stron. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że po nic już nie będzie takie samo. Można, ale nie trzeba.

Nie wiem, co zajmowało mnie bardziej: czytanie czy odrywanie wzroku od kartek, przeciąganie się i mimowolne prześlizgiwanie wzrokiem po tytułach, stronach, grzbietach.


Nawet nie pytałam, skąd są ani czym się zajmują, nie było takiej potrzeby. Przecież wszystko stało się jasne, gdy tylko ruszył pociąg.

 

Dziewczyna obok, ubrana w czarny, obszerny sweter, wyciągnęła cienką książkę o ojcu Pio, który akurat na tej trasie opowiadał o tym, jak uchronić się od pokus szatana. Zastanawiałam się, czy to się jakoś łączy: te pokusy, szatan, i jej brak makijażu, ozdób, jakiejkolwiek frywolności.

Naprzeciwko mnie siedziała para gejów, którzy, rzecz jasna, nie wyskoczyli z coming out'em w okolicach Leszna, ale też nie potrzeba nie wiadomo jakiego zmysłu obserwacji, żeby pewne rzeczy zauważyć. Wydaje mi się, że wiedzieli, że ja wiem, byli dla mnie bardzo mili, wsadzili i ściągnęli mi plecak, w którym przewoziłam zimowe swetry. Oraz się uśmiechali. Dość dokładnie czytali "Wyborczą" oraz "Przekrój", lekko i inteligentnie komentowali co poniektóre artykuły. Życie jest w jakiś sensie przyjemnością, mówiłi wygodnym rozłożeniem się na niewygodnych siedzeniach, sposobem picia wody i przewracania kolejnych kartek.

To jednak nie była jedyna para w tym przedziale. Po mojej drugiej stronie siedział chłopak z dziewczyną, około dwudziestopięcioletni, dość zakochani, ale też bez przesady, tak rozsądnie i akurat. Przeglądali, powoli i dokładnie, "Villę", czasopismo o najpiękniejszych domach i mieszkaniach. Kuchnie, pokoje, przedpokoje i jadalnie. Ogrody i werandy, i balkony. I stoły, i krzesła, i meble, i obrusy, i rolety. To gruba, pokaźna gazeta. Wystarczy na dwie i pół godziny. Jeszcze nic nie wybierali, orientowali się tylko w cenach i kolorach, mają czas.

Za wiele nie przeczytałam w czasie tej krótkiej podróży, ale zakładam, że moja książka mówiła wiele i o mnie. Uznałam przy tym, że to dość niebezpieczne: tak się obnażać w pociągu, nie zważając na to, ani z kim się jedzie, ani dokąd.


23:12, anna.wiatr , o czytaniu
Link Komentarze (5) »
sobota, 17 października 2009


Dawno nic tutaj nie pisałam. Co nie znaczy, że nie chodzę do kina, nie  czytam książek czy nie myślę. Czasem myślę ;).

W każdym bądź razie, ostatnio, oczywiście, obejrzałam film, a nawet filmy, bo w głowie mam trzy w miarę świeże historie. I choć dwie z nich widziałam w moich ulubionych już poznańskich kinach (to chyba wyszło mi  tu najlepiej - oswojenie kin), napiszę o tej, którą można zobaczyć w jednej z galerii handlowych.  (Co jest dość logiczne ze względu na współgranie rzeczywistości filmowej oraz zakupowej. Jakkolwiek trochę szkoda).

"Galerianki" to naprawdę interesujący film (choć zauważyłam, że nadużywam tego słowa!).


galerianki1


I wiele wątków do rozsłupłania: genderowych, rzecz jasna, połączonych z nimi tożsamościowych, czyli też cielesnych i seksualnych. Można powiedzieć, że pociągając za jeden sznurek, okazuje się, że tak naprawdę ten jeden sznurek składa się z conajmniej kilku części. Idąc dalej: przyglądamy się  w "Galeriankach" konsumpcji i centrum handlowemu jako centrum późnonowczesnego świata;  rozpadowi więzów rodzinnych; sytemowi edukacji; wreszcie wsłuchujemy sie w język, bo niezwykle istotnym elementem filmu jest to, jak i co bohaterki mówią (słysząc powtarzane wielokrotnie pytanie, kierowane do Katarzyny Rosłaniec, czy nie przesadziła i czy nie za bardzo pojechała Masłowską, zastanawiałam się, czy dziennikarze rozmawiają od czasu do czasu z uczniami gimnazjum czy liceum, najlepiej z tzw. niezbyt dobrych rodzin):




Zanim zobaczyłam wersję kinową filmu, obejrzałam studencką etiudę reżyserki, na podstawie której powstał film długometrażowy. Film dla szerokiej publiczności, w porównaniu z pierwszą wersją, jest ostrzejszy i mocniejszy, i jeszcze więcej w nim fantów. Co ciekawe, do kina przyszli ludzie w wieku galerianek. Reagowali żywo i dosadnie.


galerianki2

 

Być może mamy w tym filmie do czynienia  jedynie z przykładem  skrajnego urzeczowienia kobiet (pamiętajmy jednak, że bohaterki mają po 13 lat!), wydaje mi się jednak, że sytuacja jest dużo poważniejsza. Że gdyby sporządzić diagnozę współczesnej kultury, biorąc pod uwagę  nie tyle deklarowane, co wcielane w życie wartości, mogłoby się okazać, że pokazane w "Galeriankach" trendy są częścią wielu społecznych światów, a nie skrajnością, z którą większość nie ma za bardzo do czynienia. Inną rzeczą wartą zaznaczenia jest to, że w filmie nie chodzi jedynie o przedmiotowe traktowanie dziewczynek przez dojrzałych mężczyzn, ale i o równie przedmiotowe traktownie mężczyzn i chłopców przez te dziewczynki. W końcu miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?

 

 

"Galerianki" (2009), reż. Katarzyna Rosłaniec


15:22, anna.wiatr , filmowe
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 września 2009

Szczerze mówiąc, ociągam się z powrotem do tego tekstu. Unikam go. Wymyślam przeróżne powody, żeby tylko się nim nie zajmować. Uciekam.

Już się rozstaliśmy, nie ma co do tego wracać, kiedyś był ważny, a teraz nawet nie wiem, dlaczego właściwie go napisałam.

Pięć lat jednak wiele zmienia.

Jestem jednak odpowiedzialna i słowna. Nie rzucam słów na wiatr, nawet jeśli miałabym na to ochotę.

Wydaje mi się, że moja niechęć do zajmowania się nim wynika z tego, że rozrosła się we mnie niewiara w konieczność rozumienia i interpretacji wszystkiego. Zamiast tego, więcej miejsca zrobiło się na przeczucie, że jednak sporo jest w życiu różnych tajemnic. I o ile socjologię intymności mogłam jeszcze uprawiać, o tyle o socjologii tajemnicy mogę zapomnieć. Na szczęście.

 

Oto bohater tego wpisu:


początki, końce, początki

Bycie-w-świecie składa się z serii początków i końców, schodzenia i rozchodzenia się życiowych dróg, spotykania Innego i rozstawania się z nim, także na zawsze, gdy doświadcza się jego umierania.

Intymność, jako istotna część egzystencji, także musi się rozpocząć, żeby w ogóle zaistnieć. Jej początki często dopiero wtedy są tak określane, gdy sama relacja w pewnym momencie staje się intymnym erotycznym związkiem; okazuje się wówczas, że wszystko zaczęło się o wiele wcześniej, co jest też zasługą pamięci, która w odniesieniu do tego typu wydarzeń okazuje się być bardzo precyzyjna – dokładnie pamiętam ten dzień… Początki nakładają się na końce, równocześnie rodzi się świat i świat umiera, a ich czasowe rytmy i przestrzenne konfiguracje upodabniają się do siebie – spotkania nie odbywają się jeszcze zbyt często, a ich miejsca pozostają neutralne; spotkania są coraz rzadsze i coraz dalej im od tego, co wspólne, więc także od wspólnego domu. O miłości już wiadomo, że nie jest jedyna i na zawsze, pomimo tego ciągle przeżywana jest zgodnie z romantycznym wzorem, choć romantyczność też ucieka z codzienności, ale i conocności. Nie trzeba już kolacji przy zapalonych świecach, żeby było magicznie, można ją zjeść bez świec, można komuś zrobić śniadanie, i to też będzie akt miłości w stosunki do niego.

Gdy początki są tylko początkami, a końce końcami, łatwiej przychodzi nazywanie emocji, rozpoznawanie uczuć, co nie oznacza, że można mieć nad nimi kontrolę: w pewnym momencie nie można. Wtedy powietrze można ciąć nożem i właściwie wiadomo, że zaraz się pocałują albo dotkną, co zapamiętają, bo później będą o tym opowiadać – wszystko jest przecież tak świeże, pasjonujące i odkrywcze, że nie sposób o tym zapomnieć, do tego nie powracać. Opowiadają kobiety o mężczyznach, mężczyźni o kobietach, kobiety o kobietach i mężczyźni o mężczyznach. I wszystkich ich łączy to, że po upływie pewnego czasu (jednym dniu, miesiącu, dwóch latach) od poznania się stwierdzają, że chcą być razem. I są. Poznają swoje historie, rodziny, znajomych. Chodzą razem do kina, do klubów, na wesela, do kościoła, na spacery, jeżdżą na wycieczki za miasto lub do miasta (to zależy skąd wyjeżdżają), na urodziny lub imieniny (to z kolei zależy od tego, czy robią to teraz, czy początek miał miejsce dwadzieścia pięć lat temu). Robią to, co robili, zanim się poznali, spotykając się z podobnymi sobie ludźmi, śmiejąc się z podobnych żartów; niby nic się nie zmieniło, a wszystko jest inne. Bo jest ona. Bo jest on. Bo są razem.

Z końcem jest odwrotnie: oddzielają swoje historie, mają już innych znajomych, nie odwiedzają swoich rodzin, nigdzie razem nie wychodzą. Zaczynają nowe życie. Cierpią. Z powrotem wszystko jest osobne.

 

miłość jest tym, co zdarza się pomiędzy początkami a końcami

Przeżywają ją różnorodnie. Wielu rzeczy nie wiedzą, przede wszystkim, czy to jest miłość. Czasem nie odpowiadają na to pytanie przez siedemnaście lat, a potem już za wiele ich łączy, żeby rozerwać wszystko jak kartkę papieru. Czasem nie mają żadnych wątpliwości.

Zakochują się w sobie albo najpierw się przyjaźnią. Dlatego, między innymi, tak różnie kochają: romantycznie, gwałtownie, z porywami, lub: zwyczajnie, bez burz, po prostu. To, co się z nimi wówczas dzieje, dokładnie przylega do tego, kim są, przystając także do sposobu, w jaki opowiadają o swoich uczuciach – używają innych języków, ich słowa znaczą co innego w zależności od kontekstu całej narracji. Mówią przy tym gładko, potoczyście, bez trudu dobierając słowa do tego, co chcą wyrazić, jeśli się pomylą i użyją nie tej formy czasownika, której powinni byli użyć, zaraz zastępują ją inną, odpowiednią. Albo: mówią chropowato, z przerwami, łamiąc reguły gramatyczne i nie poprawiając się po ich złamaniu, nie wiedzą, jak to powiedzieć, brakuje im słów.

O samej miłości opowiadają zresztą krótko, choć jest to wątek stale powracający – uczucie bowiem, im dłużej trwa, tym bardziej się zmienia, dojrzewa, uspokaja.

Kobiety zwracają też uwagę na inny rodzaj miłości, która stała się dla nich dostępna po urodzeniu dziecka; jest to miłość idealna, zupełnie inna niż miłość do mężczyzny.

Ani kobiety, ani mężczyźni nie mówią zbyt wiele o tym, jak doświadczają tego, że miłość się kończy, a przeżywają jej odpływy i kryzysy, często związane z innymi problemami, trudnościami, przeszkodami. Silniejsze w momencie rozstań są jednak inne uczucia: żal, smutek, rezygnacja, opuszczenie, samotność.

na koniec, o tej tajemnicy....

Pytałam: "Czemu w ogóle wyszłeś za mnie?” On mówi „Nie wiem. Bo cię kocham”. Ale ja oczekiwałam, bo jesteś taka wspaniała, inteligentna, piękna, ale on nic takiego nie mówił (wywiad nr 9). Ta zagadkowość wiąże się z pytaniami dlaczego ja?, dlaczego on?, dlaczego ona? i często pojawia się w opowieściach, pozostając bez odpowiedzi: Zastanawiam się, jak to jest możliwe, że jestem z kobietą, która w sumie nie jest w moim, jeżeli chodzi o kwestie fizyczne, to zupełnie nie jest moim typem kobiety (wywiad nr 2).


środa, 19 sierpnia 2009

Jakiś czas temu, podczas obrony,  poznałam profesor Elżbietę Zakrzewską - Manterys, która recenzowała mój doktorat.  O książkach "Hermeneutyczne inspiracje" oraz "Down i zespół wątpliwości", których jest autorką, pisałam już w Narracjach (tutaj i tutaj), bo są to jedne z moich ulubionych socjologicznych prac.

Niedawno byłam w Warszawie, profesor Zakrzewska - Manterys zgodziła się porozmawiać ze mną  między innymi o tym, jak napisała książkę socjologiczną, nie pisząc książki socjologicznej. Wywiad można przeczytać tutaj. Zapraszam.

20:10, anna.wiatr , spotkania
Link Komentarze (4) »
sobota, 08 sierpnia 2009

Odkąd pamiętam, zachwycałam się jej reportażami. Tym, co nazywałam ontologią świata przedstawionego. Tak właśnie jest, myślałam. Życie to dziwna gra przypadków. Myślimy, że spędzimy resztę życia w jednym miejscu, tymczasem dzieje się tak, że przeprowadzamy się do innego. Myślimy, że w tym innym to już zostaniemy dłużej, tymczasem trafiamy do trzeciego. Hanna Krall wierzy, że w tym chaotycznym rytmie jest więcej sensu niż mogłoby się wydawać. Przypadki to tylko pozór. Najprawdopodobniej nie istnieją. Coś dzieje się po to, żeby wydarzyło się coś innego. Podobnie jest z tym, co – często wbrew regułom tak zwanego prawdopodobieństwa - jednak się nie zdarza. Choć mogłoby.

Hanna Krall wie to, ponieważ spędziła trochę czasu, słuchając historii o tym, co ludzie przeżyli. Albo nie przeżyli. Oczywiście, najważniejsze są miłość, samotność i śmierć.

Czytałam tę książkę w pociągach. Specjalnie wybierałam puste przedziały, żeby mieć trochę spokoju. Wiem, że ludzie chcą opowiadać, i że ja jestem głównie od słuchania. Czasem jednak trzeba zająć się czymś innym.

Najpierw wracałam do Poznania z Wrocławia, a później z Warszawy. Choć tak naprawdę to wciąż nie wiem, czy ja już do Poznania wracam, czy po prostu się tu pojawiam i, jak na razie, jestem.

Dokładnie tak, myślałam. Tyle że tym razem nie odnosiło się to do samych opowieści, ale do tego, jak obchodzić się z narracyjnym materiałem, z którego one powstają:


Sposoby opowiadania

Są dwa sposoby opowiadania o świecie. Poprzez szeroką, rozległą panoramę, poprzez dzieje narodów, wojny i rewolucje, jak to robi Ryszard Kapuściński. Albo poprzez historię jednego człowieka, jak ja to robię. W moich książkach są tylko „jedni ludzie”. Jeżeli składają się na obraz jakiegoś świata, to bardzo dobrze. (s. 45)


Współbrzmienie

Świat jest pełen historii do opisania.

W jaki sposób dokonuje pani ich selekcji? Czy każde życie nadaje się do opisania?

Nie, nie każde. Chcę opisać życie, które mnie czymś porusza. Decyduję się na pisanie, kiedy mój organizm współbrzmi z czyjąś opowieścią, gdy coś zaiskrzy niezależnie od mojej woli. Muszę nabrać pewności, która nie wynika z głowy, ale właśnie z organizmu.

Czym jest to „współbrzmienie”?

Nie wiem. Ale je rozpoznaję po kilku usłyszanych zdaniach. Czasami ktoś opowiada sen, który i mnie się przyśnił. Czasami się dowiaduję o dziwnej zbieżności dat: jedna kobieta ginie w getcie, druga kocha się z żołnierzem Wermachtu i dziewięć miesięcy później przychodzi na świat matka aktora Mariusza B. Syn tamtej, która zginęła, zapisuje swą czaszkę teatrowi szekspirowskiemu w Anglii. Chce, by z tą czaszką grali „Hamleta”. Aktor gra Hamleta w Warszawie. Może to nic nie znaczy. A może znaczy jednak… (s. 70)


Losy

Losy, które opisuję, powinny się ciągnąć w nieskończoność, a zdarzenia powinny zahaczać o inne zdarzenia, ludzie o innych ludzi. W ten sposób można opisać cały świat. Czasami w takiej konstrukcji brakuje jakiegoś elementu – i to jest miejsce, które czytelnik powinien uzupełnić własną pamięcią i uczuciami. Wtedy dopiero budowa będzie kompletna. (s. 114)

 

 


Jacek Antczak, „Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall”. Wydawnictwo Rosner & Wspólnicy, Warszawa 2007

22:22, anna.wiatr , inspiracje
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 sierpnia 2009

 

I skończyły się. Nowe Horyzonty. W tym roku obejrzałam jedynie kilka filmów, może dlatego nie mam poczucia odkrycia czegokolwiek. Już jednak podczas przeglądania programu byłam nieco - że użyję tego niewdzięcznego słowa - znudzona. Ile razy można jednak opowiadać o niemożliwości porozumienia, samotności, smutku ludzkiej  egzystencji itp, dodatkowo polewając to lukrem uniwersalności przesałania (co wzbudza moją podejrzliwość w jeszcze większym stopniu niż owa komunikacyjna katastrofa).

Pomimo tego ogólnego wrażenia spędziłam w kinie kilkanaście ciekawych godzin, filmy, które zobaczyłam, były interesujące z wielu względów, nie tylko socjologicznych, ciekawe były również rozmowy o filmach oraz przyglądanie się festiwalowej publiczności. Jednak tematy wymienione powyżej omijałam szerokim łukiem.

Najciekawsze wydały mi się przy tym same strategie wybierania określonych filmów. Czyli to, jakim historiami ludzie chcą się otaczać i dlaczego. Co wydaje im się w tych historiach ważne. Jak je rozumieją. I czy zabierają je ze sobą do swoich miast i swoich historii, czy tylko krótko się im przyglądają, a później zostawiają je w pociągach i żyją tak, jakby nic się nie wydarzyło.

 



12:46, anna.wiatr , filmowe
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 20 lipca 2009

"Jest to książka o tym, co ludzie do mnie pisali i mówili przez pięćdziesiąt lat", pisze na pierwszej stronie swojej najnowszej książki Hanna Krall*.

Zastanawiam się ostatnio nad tym, jak można zajmować się tym, co ludzie opowiadają. Z jednej strony, można takie historie analizować naukowo, używając na przykład jednej z konwencji, jakie proponuje socjologia jakościowa. Z drugiej strony, opowieść może odnaleźć się w innych, nienaukowych formach. Jedną z nich jest reportaż.

Hanna Krall obchodzi się z tym, co ludzie mówią i piszą w taki sposób, na jaki nie mógłby sobie w Polsce pozwolić żaden socjolog (przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo). Do czytelnika bądź czytelniczki docierają fragmenty wspomnień, listów, rozmów. Wszyscy wiemy, także bohaterowie książki, że reportaż rządzi się swoimi prawami. Co jednak nie oznacza, że nie jest blisko tego, co zostało opowiedziane:

"Po babci umarł Josek, starszy brat mojego taty. Może też w szabas, nie jestem pewny. Jeżeli tak będzie lepiej dla twojej pointy, niech będzie, że w szabas."

Zastanawiam się nad tym nie bez powodu. To nie takie proste podążać za opowieścią i jednocześnie przestrzegać naukowych reguł. W nauce, żeby jednak to się udało (i zostało zaakceptowane), należy odwołać się do dziesiątek książek, określając własne stanowisko. Po gęstych stronach "części teoretycznej" można zająć się biograficznymi historiami. Jednak i one muszą zostać ujęte w socjologiczne ramy. Łapiemy zatem narracyjny oddech, by powrócić do interpretacji tego, co zostało opowiedziane.

W pewnym momencie pojawiają się jednak pytania, czemu ma to właściwie służyć. Czy nie lepiej po prostu opowiadać historie, zamiast naukowo je obrabiać. Tym bardziej, że sam socjologiczny świat z nieufnością podchodzi do "narracyjnych produktów", zresztą dzieląc nieufność z tak zwanymi nieprofesjonalnymi czytelnikami, tyle że z innych powodów.


* Hanna Krall, "Różowe strusie pióra", Świat Książki, Warszawa 2009

poniedziałek, 13 lipca 2009

V Międzynarodowa Konferencja Naukowo – Szkoleniowa „XXI wiek w leczeniu i opiece nad człowiekiem u schyłku życia. Cierpienie, umieranie, śmierć – w aspekcie medycznym, etycznym, psychologicznym, filozoficznym i społecznym”

Wrocław, 5-7 listopada 2009


Tematyka:

· Duchowe aspekty umierania

· Pediatryczna medycyna paliatywna

· Nowe techniki leczenia a także problemy w opiece paliatywnej, chorobach wewnętrznych, zakaźnych, ginekologii, chirurgii i intensywnej terapii

· Leczenia objawowe w medycynie paliatywnej

· Jakość życia i psychologiczne aspekty w opiece paliatywnej

· Nowe leki i postęp w onkologii i opiece paliatywnej

Szczegóły: www.opiekapaliatywna2009.pl


Organizatorzy:

Zakład Pielęgniarskiej Opieki Paliatywnej

Katedra Pielęgniarstwa Klinicznego

Wydziału Nauk o Zdrowiu

AM we Wrocławiu


Katedra i Klinika Transplantacji Szpiku,

Onkologii i Hematologii Dziecięcej

AM we Wrocławiu

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Moi Drodzy

wiem, że znów zaniedbałam tego bloga, ale po raz kolejny się przeprowadzałam, spędzałałam też sporo czasu w pociągach, poza tym - bronię się w tę środę.

Wpis jest zatem okolicznościowy - to fragment doktoratu.

Trzymajcie kciuki! :)


...

 

„Pensjonariusze psuli się szybko.

Pokancerowani. W plamach. W liszajach. Strupach. Wyżłobieniach. Jakby cellulitis wdarł się na twarz. Obślinieni. Spoceni. Dyszeli. Dygotali. Kwilili. Szukali nie wiadomo czego. Stękali. Człapali z jednego miejsca w drugie. I z powrotem.” (Rudzka 2006 :271)


Nawet gdybym chciała, ani na jeden badawczy moment nie mogę zapomnieć o ciele. Stare ciało domaga się uwagi, zarówno biograficznej, jak i socjologicznej. Stare ciało także musi zostać opowiedziane, żeby narracja była prawdziwa, czyli zgodna z doświadczeniem, które okazuje się być „płynne, niesforne i ulotne” (Mattingly 2000: 184). Opowiadanie historii uspójnia nieco chaos tego doświadczenia – sprawia, że egzystencja jest w większym stopniu możliwa do zrozumienia (Mattingly 2000: 184). Ciało, tak jak i inne społeczne fenomeny, można jednak opowiadać w różnorodny sposób – z obrzydzeniem lub z czułością; akceptując bądź pozbawiając je godności. Wreszcie, to ciało krzyczy: „Ze mnie się począłeś i wraz ze mną się skończysz. W starości bowiem myśl słucha nieustannie odwiecznej pieśni materii: Jam ciebie zrodziła i jam ciebie unicestwi’.” (Przybylski 1998: 12). Spróbujmy przysłuchać się temu, jak o starości może opowiedzieć ciało.


--> "czy ty rozpoznajesz się we własnym ciele?" (Rudzka 2006: 101)

Poprzez odczucia związane z ciałem uchwycić można proces oddzielania się od ‘ja’ – ciało staje się obce samemu sobie; samoidentyfikacja zostaje zachwiana; oczywistość bycia własnym ciałem zostaje podważona. Jeśli bolesność tej obcości nie zostaje włączona w biograficzną narrację, sama narracja może zostać zerwana (Hunt 2000: 89) - trudno jest opowiadać o sobie, nie będąc sobą. Istnieją jednak także inne logiki rozwoju tej sytuacji: człowiek może oddzielić się od swojej cielesności i utożsamić wyłącznie z własną świadomością (Laing 2004); może dojść do procesu samodegradacji, gdy nastąpi oddzielenie od ciała, ale za sprawą tego, że jest ono stare i ‘obrzydliwe’; kolejna możliwość związana jest z akceptacją swojej cielesności w takim stanie, w jakim jest, a nawet na zasadzie przyjęcia jej jako subtelnej nauczycielki odchodzenia:

„Całe ciało ciąży ku ziemi, jakby już wszystkie jego części poczuły się zmęczone i rezygnowały spokojnie z codziennych utarczek z ziemską grawitacją. Tak, mówi ciało, poddaję się, idę ci na rękę, nie walczę już z tobą, wiotczeję, pochylam się, garbię, upadam na kolana i w końcu przywieram brzuchem, twarzą i udami do ziemi, rozpościeram ręce: wessij mnie, daj mi wsiąknąć, rozpuścić się, daj mi zamienić się w cząsteczki płynu, spłynąć w dół i tam pozostać.” (Tokarczuk 2004: 39)


--> "Z ciałem wiąże się świadomość śmierci. Ciało jest śmiertelne" (Kępiński 1995: 61)

Im starsze i bardziej schorowane jest ciało, tym dobitniej uświadamia nadchodzącą śmierć. Może to sprawia, że ze starym ciałem związany jest lęk, nie jest on jednak niczym innym, jak ukrytym lękiem przed śmiercią. Od kondycji ciała zależy obraz własnej osoby (Kępiński 1995: 39) – zatem im gorzej z ciałem, tym trudniej nie określać siebie jako człowieka starego, chorego bądź umierającego. Od tego, w jakim cielesnym jesteśmy stanie, zależy także nasze poczucie realności świata - im bardziej kurczy się ciało, tym mniej rzeczywiste staje się życie; to między innymi dlatego „W starości wszystko, co przynależy do życia, staje się nieważne” (Przybylski 1998: 72).

Wydaje się jednak, że tryby egzystencji mogą w odniesieniu do świadomości śmiertelności przybrać także inną formę, opartą na czułości i tkliwości:

„Widziałam, jak zmienia mi się ciało, jak łagodnieje w kształtach. Skóra miękko pokrywa kości, obejmuje je filcową torebką, staje się o jeden rozmiar za duża (...). Uda ze zgrabnych i poznaczonych taśmami mięśni więdną (...), brzuch pcha się do przodu (...); piersi stają się wiotkie. Staję się krucha, najchętniej sama siebie wzięłabym w objęcia i utuliła, pogładziła czule ramiona i piersi, delikatnie położyła na łóżku i kołysała, szeptała. Opuszką palca rysowałabym kontury oczu i ust, dotknięciem uspokajała wszystkie zmarszczki. W taki sposób poznawałam też ciało mojego kochanka.”(Tokarczuk 2004: 193)

Oznacza to również, że starość niekoniecznie przygasza seksualność (Przybylski 1998: 66), choć być może należałoby w tym miejscu zaznaczyć, kto opowiada – z jednej strony „starzec ograbiony z szaleństwa zmysłów” (Przybylski 1998: 66), z drugiej strony – stara kobieta, która zmysłów nie uważa za szaleństwo.


---

Przywołana literatura:

  • L. M. Hunt (2000), "Strategic Suffering. Ilness Narratives as Social Empowerment among Mexican Cancer patients"; w: C. Mattingly, L. C. Garro (red.), "Narrative and Cultural Construction of Illness and Healing", University of California Press; Berkeley, Los Angeles, London
  • C. Mattingly (2000), "Emergent Narratives"; w: C. Mattingly, L. C. Garro, "Narrative and Cultural Construction of Illness and Healing", University of California Press; Berkeley, Los Angeles, London
  • A. Kępiński (1995), "Lęk", Wydawnictwo Sagittarius, Warszawa
  • R. D. Laing (2004), "Podzielone ja", Wydawnictwo Rebis, Poznań
  • Z. Rudzka (2006), "Ślicznotka doktora Josefa", Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, Wydawnictwo INANNA, Warszawa
  • O. Tokarczuk (2004), "Ostatnie historie", Wydawnictwo Literackie, Kraków
  • R. Przybylski (1998), "Baśń zimowa. Esej o starości", Wydawnictwo sic!, Warszawa
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14